…a może jednak wiem?

Ból jest ciekawym wynalazkiem.
Blokuje, informuje, motywuje. Pociesza, raduje, jest kluczem do wspomnień, jest kluczem do nadziei, opowiada o tym co kiedyś zrobiliśmy i wymienia wszystko to, czego już nie zrobimy.

Jestem skąpany w bólu. Dryfuję pomiędzy ograniczeniami, nadziejami, postępem i tym co wydawać się może utracone. Wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie, każdego dnia rodzą się w mojej głowie pomysły na to, co zrobię za rok albo za pół roku. Albo czego już nie zrobię – i co za tym idzie – co w zasadzie mógłbym sprzedać, bo już się nie przyda.

Kocioł, jeden wielki przewalający się sam w sobie kocioł myśli napędzanych przez każdy poranek, który jest odmienny od wszystkich poprzednich. Każdy pierwszy krok każdego dnia jest inny: uruchamia inny ból, uruchamia rezygnację i/lub nadzieję. Albo nie uruchamia nic poza niepokojem, bo tym razem niepokojąco bólu brak. Aż do drugiego kroku.

Ostatnio oglądałem porozwieszane w piwnicy zabawki jaskiniowe. Kombinezon na wieszaku, liny na hakach, karabinki na prawo od taśm, a taśmy nad kaloszami. Tymi na Jurę i tymi obok, tatrzańskimi. I zalewa mnie fala rezygnacji w dniu dziewięćdziesiątym pierwszym, by ustąpić nadziei w dniu dziewięćdziesiątym drugim, kiedy to rehabilitant coś wygiął, coś nacisnął, czymś chrupnął i tak wszystko wskoczyło na swoje miejsce, że o myśl o jaskiniach znów usadowiła się w zakładce „plany”.

Tęsknię, ale tęsknię od tak dawna, że chyba nie pamiętam za czym. Nie wiem już, czy chodziło o jaskinie, czy o przeżywanie czegoś poza codziennością. Pamiętam, że jaskinie mają swój zapach, ale nie pamiętam jaki. Wiem, że brudna lina lubi stawiać opór w rolce, ale jak silny on jest – tego chyba już nie wiem.

Lata temu zdarzyło się w górach coś co sprawiło, że noga powoli zaczęła się sypać. Jedna kończyna powoli degradowała (już nieco zwietrzałego) samca alfa do formy, która nie była niczym więcej niż obciążeniem dla kanapy i bliskich wokół. Nigdy nie myślałem, że może być tak trudno zaakceptować siebie samego w chwili, gdy nie spełnia się własnych oczekiwań. Tych podstawowych, egzystencjalnych. To był przepotężny autostrzał w pysk.

Sporo się zmieniło. Zmieniło się moje postrzeganie czasu. Pamiętam przerażenie rodzące mi się w piersi, gdy usłyszałem przy kolejnej kontroli po zabiegu: „etap pierwszy to 6 tygodni wyłączenia nogi z jakiegokolwiek użytkowania, w ogóle nie obciążać, nie używać, ma leżeć”. A wraz z nią leżałem i ja.

6 tygodni. To dwa razy po trzy tygodnie, to wszystkie sezony Rancza, Vikingów, to pięć nowych dziesiątych tierów. To 60 kursów pomiędzy kuchnią i kanapą, kursów z termosem w zębach, kubkiem w kieszeni, to 60 planów na to, co jeszcze można zrobić po drodze, skoro już jestem w pionie i idę. Tzn. przemieszczam się.

Jakieś sześć(?) tygodni temu pierwszy raz przyniosłem sobie do pokoju kawę w kubku, bez termosu. Później powtórzyłem trasę i doniosłem do kompletu kawałek ciasta. Kamień milowy.

Pięć(?) tygodni temu zauważyłem, że rozładowuje mi się telefon. Wstałem i przyniosłem ładowarkę. Po prostu przemieściłem się z użyciem nóg: bez planowania, asekuracji, kul, najzwyczajniej w świecie przemieściłem się nie rozmyślając nad tym, co w tle wyczynia mój organizm. Puściłem się po domu po ładowarkę, a nogi same zrobiły to, co powinny. Kamień milowy.

I cała sterta pozostałych kamieni: pierwsze wejście po schodach, pierwsze zejście, pierwsze wejście po schodach z plecakiem, pierwsze kierowanie samochodem. Może sterta niepozornych kamulców wydaje się niewiele warta dla kogoś z zewnątrz, ale dla mnie… chciałbym obrobić je i jak perły nawlec na sznur by powiesić go sobie na tym pustym łbie, by nie zapomnieć jak wiele ważnych małych-wielkich rzeczy dzieje się każdego dnia.

Solidnie dostałem w pysk, solidnie dostałem po dupie. Solidnie będę musiał popracować, by lejące mi się na dupie zwały tłuszczu wykolegowały się z mojego cielska. Solidnie będę musiał jeszcze raz przeżyć całe ostatnie cztery lata by jakoś domknąć we łbie historię jednego kroku, który miał wpływ na całe-wszystko. Tylko trochę jakby w drugą stronę. Wiem, pokręcone to wszystko.

A teraz się cieszę. Z 10 minut na rowerze, pomimo że nawet nie wyjeżdżam z pokoju. Z wyprawy, podczas której znów mogę obciążyć kije, chociaż nie wspinam się na żadną górę i nie jestem w drodze do jaskini. Powoli, nieśmiało rozpisuję sobie czekające nas wycieczki: tu pochodzić, tam pochodzić, tu pojechać. I nie boję się rozmyślać o rowerach w kontekście przyszłego sezonu/roku. Cztery lata pierdzieliłem się z tym kolanem, mogę poczekać jeszcze kilka miesięcy.

Spożytkujemy je na coś fajnego.

Share