Jaskinia Wiercica

Nie spodziewałem się po niej wiele. W zasadzie miała być „na doczepkę” – planowałem wpaść do niej na chwilę, zerknąć to tu to tam, po czym spędzić więcej czasu w Wiernej. Tak to jakoś mi wynikało z planu jaskini. Tymczasem Wiercica okazała się jedną z najwspanialszych, podziemnych niespodzianek, na jakie trafiłem… chyba od początku pełzania pod Jurą.

Sobota. Jak co roku Speleo Myszków organizuje biwak pod Wiercicą. Pomimo nieciekawej pogody ruszam w stronę jaskiń zakładając, że nie zobaczę wiele nowego. Wierna – we niej chciałem poplątać się nieco dłużej, zrobić na spokojnie kilka zdjęć. Wiercica na planie prezentowała się mniej okazale: jakaś szpara, jakaś góra, cośtam cośtam, bla bla bla.

Na miejscu dołączam do grupy ze Speleoklubu Łódź. Jadąc jako ostatni wagonik, zanurzam się w dziurze.

Pierwsze wrażenie? Przecież to wygląda jak Jaskinia Józefa. Okratowana szczelina, ciasno jak diabli, zjazd w dół w zasadzie jest przepychaniem się ku dołowi. Jedno jest pewne: droga w drugą stronę będzie pełna soczystych epitetów.

Łodzianie prowadząc kierują się w górne partie jaskini. Ja starając się uniknąć zatoru, podejmuję decyzję o zjechaniu na dół. Liny (przygotowane zgodnie z obietnicą przez Myszków) tylko czekają na to, by się w nie wpiąć…

Krok po kroku Jaskinia Wiercica zmienia swój charakter. Jej początkowa, szczelinowa osobowość zanika, a pojawia się coś, za co kocham Jurę: mycie, mycie i jeszcze raz mycie. Droga w dół momentami przypomina ślizgawkę, jest miękko, przyjemnie, a porozwieszane wszędzie sznury pozwalają wygodnie podążać w stronę głównej sali.

No właśnie. Zatkało. Totalnie mnie zatkało.

Widziałem już wcześniej zdjęcia dna, ale nie oddawały one ogromu przestrzeni, która znajduje się w Wiercicy. Salę można było zwiedzać niczym muzeum, dewocjonalia pozostawione po mszach robiły niesamowite wrażenie, kominy i kotły wirowe nad głową prosiły się by spróbować ataku w ich stronę, a dobiegające z górnych partii dźwięki przedzierania się Łodzian przez kolejne części dziury jednoznacznie sygnalizowały, że to jeszcze nie koniec atrakcji w jaskini.

Kilkanaście minut później ruszam w drogę powrotną, chcąc odwiedzić górne partie Wiercicy, zostawiając za sobą w głównej sali linę kusząco idącą gdzieś w górę. Korciło, by sprawdzić dokąd prowadzi, ale niestety nie miałem informacji (nie dopytałem) na temat stanu olinowania w okolicy dna. A szkoda.

Po cofnięciu się do miejsca, w którym rozstałem się z Łodzią, zaczynam drugą część wiercickiej przygody. Tę jeszcze bardziej emocjonującą.
No dobra, jak to ująć… Myszków odwalił kawał świetnej roboty przygotowując jaskinię na to otwarcie. Górne partie zostały całe zaporęczowane w takich sposób, że każdy chętny miał świetną okazję do przećwiczenia chyba większości elementów i technik związanych z poruszaniem się w jaskini na linach. Było wspinanie w ciasnotach, były trawersy nad kominami, były firanki, przepinki, zapieraczka…

Chylę czoła… naprawdę. Ścieżka którą pokonałem, dała mi prawie taki wielki ogrom radości, jak ogrom cierpienia przyniosła mi droga powrotna.
Znów na myśli przychodził Jaskinia Józefa, gdy raz za razem to ramiona, a to tyłek jakoś się nie chciał ani wpasować, ani przepchnąć przez szczelinę prowadzącą ku górze.
Pokuta za świąteczny serniczek była BARDZO dokuczliwa 😉

Teoretycznie mógłbym już zakończyć opowieść o Wiercicy, ale byłoby to nieuczciwe w stosunku do jaskini. Należy bowiem pamiętać, że poza „technicznymi” atrakcjami, Jaskinia Wiercica to obiekt, który potrafi pochwalić się całkiem przyjemną szatą naciekową.

Zdecydowanie, w przyszłym roku postaram się przyjechać na dłużej. Obowiązkowo z termosem, kanapkami, większą ilością światła i wieloma pomysłami na to, jak mogę spędzić czas w Wiercicy.

 

Share