Wątpliwości.

Rodzą się w mojej głowie pytania, na które nie chcę znać odpowiedzi. Istnieje we łbie wewnętrzny konflikt pomiędzy tym, czego bym chciał, tym co mogę mieć, a tym, o czym boję się marzyć.
Momentami czuję się zagubiony. Jakby gdzieś wymknął mi się spod nóg szlak, który powinien mnie wyprowadzić z myślowego mroku.
Nie wiem.
Po prostu nie wiem.

*****

Poniedziałek. W planie ramowym Berkowa, Wierna, Wiercica.
Berkowa to tak dla jaj, by sprawdzić, czy jestem w stanie się przez nią przepchnąć. Przepycham się do zet`ek, trochę marudzę na zakrętach, po czym spędzam solidne 5 minut na uspokajaniu nerwów w drodze do otworu zachodniego. Z jednej strony dobrze wiem, że kawałek za mną jest Piter, który w razie czego będzie pilotował mnie przy wycofce, wiem także, że ostatnio tędy przeszedłem. Ale to było prawie dwa lata i z dziesięć (jeśli nie piętnaście) kilogramów temu.
Więc leżę. Już bez kasku, bo głowa nie mieściła się pomiędzy stropem a spągiem. Trochę zlany potem, trochę niepokojem. I na pewno skąpany w rozżaleniu.

Bo jest taki moment, kiedy wypuszczenie powietrza nie gwarantuje, że próba przepchnięcia klatki przez zacisk będzie udana. Są chwile, w których dupsko nie przeleje się przez dziurę, bo przecież w dupie są też kości i mięśnie i inne organelle, za które skała przytrzyma. Więc nadal leżę. Co jakiś czas szukam tego brakującego centymetra, który pozwoli wydobyć klatkę piersiową spod stropu. I leżę i myślę.

Przechodzę klatką piersiową. przerzucam do przodu kask i aparat, jednocześnie próbując wyszarpać dupsko z ciasnoty. Pstryk-przypadkowy uwiecznia tę nędzną walkę ubraną we wzniosło-tragiczne opakowanie. Kolejne pstryki już nie będą takie przypadkowe. Może ładnie wyjdę w dziurze. Tak po męsku, że niby ekstremalny samiec alfa.

Więc rodzą się w mojej głowie wątpliwości.
Czy dane mi będzie zobaczyć jeszcze coś nowego? Czy będę sobie wmawiał, że skazanie na Jurę też jest fajne, bo na Jurze też są fajne jaskinie? I co z tego, że lista tych do odwiedzenia coraz bardziej się kurczy, a Tatry wołają coraz głośniej?

…a rodzące się w głowie wątpliwości są świetnym gruntem dla… strachu?
Pół roku(?) temu oglądaliśmy w Studnisku miejsce, gdzie zginęła nastolatka. W poniedziałek przyglądaliśmy się wancie, która zabiła grotołaza w Wiernej.
Nie chcę dostać swojej własnej tablicy. Nie jestem zainteresowany taką opcją.

Więc dlaczego do jasnej cholery tak bardzo ciągnie pod ziemię? Od rodzących się możliwości zejścia do kolejnych, standardowo zamkniętych obiektów, drży z podniecenia każdy kawałek mojego ciała. Co takiego jest pod tą cholerną ziemią? Nacieki? Techniczne przeszkody do pokonania? A może sposób na udowodnienie sobie, że nie jestem (jeszcze) skapciałym czterdziestolatkiem, któremu zostało już jedynie wspominanie tego, co dokonywał za młodu?

*****

Nie wiem, nic nie wiem, mam wątpliwości.
I mam świadomość tego, że najbliżsi byliby cholernie szczęśliwi, gdybym ostatecznie odwiesił kombinezon na kołek.
Ale chyba tak się nie da. Jeszcze nie teraz. Nie teraz.
Wiem, że ten podziemny kawałek mnie kiedyś umrze, ale nie chcę go zabijać.
To między innymi dzięki niemu mogę być szczęśliwy wracając.
Mając gdzie wracać.

*****

Tym oto sposobem, mamy za sobą kolejny przedumany wpis o problemach pierwszego świata. Jakby nie było ważniejszych rzeczy do roboty.
A teraz można zepchnąć na margines świadomości wszystko to, co niepokoi i zająć się radosnym opisywaniem w kolejnych notkach tego, co działo się podczas poniedziałkowego wypadu na Jurę.

Bo życie lubi toczyć się dalej.

Share