Jaskinia Szmaragdowa (Jaskinia Szeptunów)

Mija czwarty dzień od naszej wizyty w dziurze. Kolejny, w którym nie potrafię się do wspomnianej dziury ustosunkować.

Sam nie wiem, czy jej wspomnienie powinno budzić moje przerażenie i powodować ciarki biegnące po plecach, czy może bardziej mógłby mnie wypełniać smutek w związku z tym, że być może byłem świadkiem powoli nadchodzącej śmierci tego obiektu. No dobra, może nie tyle śmierci, co końca jej dostępności.
Nie wiem, sam nie wiem…

*****

Jaskinia Szeptunów była drugą dziurą, który odwiedzaliśmy tej nocy. Nie zmienia to jednak faktu, że to właśnie Szmaragdową można było określić jako gwiazdę wieczoru: podobno jakaś studnia gdzie można założyć linę, podobno jakieś ciasne obejście, w pamięci jakieś zdjęcia jeziorka, no i lokalizacja – nieczynny kamieniołom. Ruszyliśmy na poszukiwania otworu.

Jakoś tak jest, że nie przepadam za dziurami mającymi „bielski” charakter: pęknięcia w masie skalnej nie są moim ulubionym środowiskiem. W tym przypadku miało być inaczej: pomimo, że lokalizacja obiektu w kamieniołomie (podobnie jak Jaskinia w Kielnikach) sugerować mogła przeciskanie się przez pęknięcia, wszelkie dostępne opisy sygnalizowały myty charakter jaskini.

Z nadzieją zanurzyliśmy się w otworze wejściowym.

Pierwsze wrażenie? Biało. To miejsce było totalnie białe. Biel lejąca się ze stropu i ścian, biel pod butami, nie przypominam sobie jakiejkolwiek jaskini, która byłaby tak biała.

Być może to kwestia materiału z którego był zbudowany obiekt, być może resztek lodu, który odbijał światło… nie wiem. Na pewno było to coś całkiem nowego, co przez moment całkowicie pochłonęło moją uwagę. Na ziemi sprowadziła mnie kolejna część górnego poziomu jaskini, po wczołganiu się do której zamarłem.

Są miejsca, w których człowiek czuje się mniej, lub bardziej pewnie, są takie, których unika, są też takie, z których należy natychmiast sp1erd@lać.
Jaskinie szmaragdowa na górnym poziomie NIE jest krucha. Ona dosłownie imploduje sama w sobie, osuwa się sama w siebie. Tknięcie czegokolwiek sprawiało, że momentalnie to „cokolwiek” lądowało u stóp. Do tego wyraźny, świeży obryw jasno dawał do zrozumienia: to miejsce nie jest bezpieczne.

Nie spędzając w nieprzyjemnej części Szeptunów sekundy dłużej, niż to było konieczne, ruszyliśmy dalej w stronę studni i jeziorka.

Jaskinia szmaragdowa to jakby dwa światy: u góry ten kruchy, a niżej ten stabilny, który dobrze układa się pod butem, który daje oparcie, klamę, pozwala się wygodnie ułożyć i daje poczucie bezpieczeństwa. Zostawiając za sobą kruchą biel, trafiliśmy w miejsce, gdzie znów można było czerpać radość z obcowania z jaskinią.

Nie wiem z jakiego powodu Jaskinia Szmaragdowa na planach wydawała mi się większą, niż w była w rzeczywistości. Być może różnorodność form która była zaznaczona w opisach mogła sugerować rozległy obiekt? A może po wyjeździe w okolice Będzina wszystko może wydawać się duże? Nie mam pojęcia. Jedno jest pewne: Szeptuny skończyły się zaskakująco szybko: ledwie zanurzyliśmy się w biel górnego poziomu, ledwie doszliśmy do dna na zachód od jeziorka, a tu już został do odwiedzenia tylko jeden element, ten najważniejszy, po który tu przyjechaliśmy: legendarne jeziorko.

Kusiło, diabelnie kusiło, by skoczyć w dół i zawisnąć w tym szmaragdzie. Ciągnęło do wody i dalej na wschód, by jeszcze wykraść Szeptunom kilka kolejnych metrów. A jednocześnie coś tak jakby nie do końca grało w tym miejscu. Fakt: było przyjemnie, cicho, dziura miejscami zachwycała efektem współpracy kamienia z wodą, ale jednocześnie cały czas wisiała nam nad głowami świadomość tego, jak poziom wyżej, kilka metrów ponad łbami wyglądają korytarze i co to oznacza w dłuższej perspektywie dla Jaskini Szeptunów.

Ruszając w drogę powrotną cieszymy się z faktu, że górne wyjście stało się drożne: pozwala to uniknąć przechodzenia przez sypiący się, biały tunel.
Nie lubię sypiących się tuneli.

Wychodzimy na powierzchnię. Szmaragdowa zostaje gdzieś pod stopami. Rozglądam się i dostrzegam kolejną, niepokojącą rzecz: górne wyjście jest blisko, bardzo blisko powierzchni, która diabelnie się sypie. Jeśli po górze kamieniołomu jeździ ciężki sprzęt (a na to może wyglądać sądząc po ilości tłuczonego materiału wrzucanego do kamieniołomu), cienka warstwa ziemi może z czasem nie wytrzymać obciążenia i już w tym momencie przysypywany otwór najnormalniej w świecie się zapadnie.

Wracamy do samochodu. Niedosyt i rozczarowanie. I ulga.
Nie, nie spełniliśmy się jaskiniowo. Tym razem należy się cieszyć, że wszystko skończyło się dobrze.
Żegnaj, Pani Jaskinio.

***

Zobacz także: Jaskinia Szmaragdowa (Szeptunów) – zdjęcia.

Share