Jaki aparat do jaskini? Nikon Coolpix AW130? Co z Nikonem W300?

Zastanawiałem się kiedyś, czy jakkolwiek przyda się komuś informacja na temat tego, jaki aparat sprawdza się w jaskini. Nie mówimy tu o lustrzance z oświetleniem, statywem i trzema tragarzami by miał kto dźwigać Peli`kany, ale o małym, kieszonkowym aparacie który przetrwa spotkanie z dziurą. Teoretycznie ktoś kiedyś podpytywał czym robię zdjęcia, ale w zasadzie jakiegoś większego zainteresowania tą kwestią nie zarejestrowałem.

Temat teoretycznie mógłby umrzeć śmiercią naturalną gdyby nie fakt, że mój (wydawać by się mogło) nieśmiertelny Nikon Coolpix AW130 dorobił się paskudnej kontuzji i prawdę powiedziawszy nie wiem jakie będą jego dalsze losy. Ale o tym później, póki co wróćmy do głównego tematu wpisu.

Dlaczego AW130? Czym się wyróżniał ten Nikon na tle innych wszystkoodpornych aparatów?

Gdy zapadła decyzja o wydaniu kilku groszy na aparat „do jaskini”, zacząłem przekopywać Internet, fora, portale branżowe. Jak łatwo się domyślić, poza szumem informacyjnym nie znalazłem prawie nic innego. Każda sroka swój ogon chwali, więc każdy fanklub twierdził, że tylko i wyłącznie aparaty jego producenta nie dość, że spełnią wszystkie oczekiwania, to i ogrzeją, zrobią kawę, nadadzą się na poduszkę, młotek, no i będzie z nimi można nurkować w potokach lawy.

Guzik prawda. Porównując na początku 2016 roku parametry którymi cechowały się pancerne aparaty fotograficzne, na dobrą sprawę nie dostrzegałem żadnych większych różnic. Nie oszukujmy się – może i pojawiały się w poszczególnych modelach bajery typu nanoszenie lokalizacji GPS na zdjęcie, kompas, tryby szybkiego nagrywania (czy jak to się tam zwie), ale prawda jest taka, że aparat miał robić w miarę cywilizowane zdjęcia i miał nie bać się błota oraz wody. Do tego najlepiej, gdyby posiadał jeden duży wygodny przycisk, który da się obsługiwać dłonią w grubej rękawicy. Reasumując – aparaty z półki cenowej którą brałem pod uwagę (1000 – 1200 zł) wyglądały bardzo podobnie i praktycznie żaden sprzęt nie wyróżniał się parametrami.

Dlaczego został wybrany akurat Nikon Coolpix AW130?

Odpowiedź jest prosta: dzięki Kubie z https://drogamoimcelem.pl miałem okazję pobawić się starszym modelem z omawianej, Nikonowej linii: AW100. Po kilku godzinach spędzonych z tym sprzętem w jaskini doszedłem do wniosku, że zarówno pod względem manualnym jak i gabarytowym, AW100 jest tym, czego szukałem. Oczywiście nie było sensu, bym kupował „setkę” w chwili, gdy na rynku była już 130…

Pierwsze wrażenia?

Odnoszę wrażenie, że obsługa AW100 był wygodniejsza w sytuacji, gdy dłonie były w grubych rękawicach. Nie mówimy oczywiście o grzebaniu w opcjach aparatu podczas wiszenia na linie w błotnym deszczu, ale o prostych czynnościach: włączyć/wyłączyć lampę, przepiąć tryb na zdjęcia „z ręki” itp. Czy niewygoda związana z korzystaniem z AW130 jest jakaś druzgocąca? Nie, bez przesady. Przecież zazwyczaj człowiek raz ustawia aparat i później leci na tych samych ustawieniach przez całą akcję w jaskini. To nie lustrzanka, gdzie można bawić się trybem manualnym…
Co z wagą? Wg mnie jest nieodczuwalna, sprzęt nie ciąży ani w kieszeni kombinezonu, ani wiszą wisząc na szyi. Gabaryty? Można na siłę wykreować zarzut, jakoby aparat przeszkadzał przy przeciskaniu się w ciaśniejszych miejscach, ale identyczny problem byłby z paczką chusteczek higienicznych, czy zapasowymi aku w kieszeni.
Na pewno AW130 wymagał poświęcenia odrobiny czasu na wyłączenie kilku irytujących funkcji, jak np automatyczne przesuwanie zdjęć na podglądzie przy ruchu aparatem, oznaczanie zdjęć GPSem (w jaskini, LOL), itp itp… Dostrojenie aparatu pod siebie zajęło mi jakieś 3-4 akcje jaskiniowe (głównie ze względu na dobór trybu robienia zdjęć) i praktycznie od 2 lat działam na tych samych ustawieniach.

Czy naprawdę potrzebny mi „pancerny” aparat?

No właśnie… Nie oszukujmy się: pod ziemią albo mamy ze sobą lustrzankę i masę światła, albo mamy coś w kieszeni, co dysponuje matrycą wielkości paznokcia. Nie ma się co oszukiwać, że aparat za 1000 zł będzie robił powalające zdjęcia. Prawda jest taka, że przy odpowiedniej ilości światła, dobre zdjęcia można zrobić i sedesem, więc upieranie się, że Nikon AW130 zrobi lepsze foto niż pierwszy lepszy smartfon, jest głupotą. Dlaczego wspomniałem teraz o smartfonie? Bo przed nastaniem ery AW130 zdjęcia pod ziemią robiłem starą Nokią N8 która miała już problemy z łącznością, ale nadal dzielnie wspierała mnie przez długi czas jako aparat.

Po co więc w takim razie wydawać pieniądze? By mieć problem z głowy. By nie martwić się o odpowiednie zabezpieczenia aparatu (telefonu), by móc go wrzucić do szpejarki, która będzie obijać się o ściany, by móc wypłukać sprzęt w wodzie stojącej gdzieś w dziurze. Nikon Coolpix AW130 sprawił, że przejmowałem się jedną rzeczą mniej. Byłem pewny, że jest u mojego boku, działa, nie muszę się z nim obchodzić jak z jajkiem i gdy tylko będę chciał – zrobi to co do niego należy. Zdjęcie.

Awarie?

W ciągu ostatnich dwóch lat aparat zawiódł mnie tylko raz: w Jaskini Wodnej pod Pisaną zablokował się spust migawki. Drobiny błota podczas robienia zdjęcia tak pechowo weszły pod przycisk, że zablokowały go w jednej pozycji. Niestety w jaskini nie było możliwość by wyczyścić aparat (nawet wartko płynąca woda nie potrafiła wypłukać problematycznych drobin), ale w domu przy użyciu szczoteczki do zębów udało się przywrócić Nikusia do pełnej sprawności.

Ile to kosztuje?

Teraz będzie śmiesznie… Z ciekawości zerknąłem na historię zakupów w Euro by sprawdzić, ile płaciłem za aparat.

Co ciekawe, obecnie cena AW130 nadal stoi na tym poziomie! Zamykając się w kwocie 1200 zł można kupić aparat z kartą, a przy odrobinie szczęścia (i zazwyczaj dodatkowej opłacie) być może uda się kupić sprzęt w kolorze żółtym. Skąd dopłata za kurczakową barwę aparatu? Jest najlepsza. Cytując Kubę: „nie kupuj aparatu moro, weź pomyśl, że wpada Ci w trawę i musisz go znaleźć”. Idąc tym tokiem rozumowania zrezygnowałem z barw maskujących i wszelkich ciemnych kolorów, dzięki czemu aparat rzuca się w oczy nawet w jaskiniowym półmroku.

Co dalej?

Nikon na swojej stronie dumnie informuje o następcy mojego kochanego fotodrobia: po Coolpixie AW130 pojawił się W300.

Porównałem specyfikację obu aparatów i.. Jeśli miałbym wydać 1,2k zł na AW130 lub 1,5k zł na W300 – zostałbym przy starszym modelu.
Tyle w tym temacie.

Awaria!

No właśnie… Wspominałem, że coś się stało. COŚ.
Chodząc z AW130 po jaskiniach, zazwyczaj nosiłem go w kieszonce na piersiach. Nawet kombinezon który zamówiłem posiadał delikatną modyfikację, by Nikuś wygodniej leżał w kieszeni. Jak łatwo można się domyślić – podczas pokonywania któregoś z ciaśniejszych miejsc, musiałem trochę za mocno docisnąć klatką piersiową aparat do twardego podłoża i uszkodziłem obudowę…

Aparat ewidentnie dostał strzał, albo został dociśnięty do jakiegoś ostrego kamienia, przez co wypaczyła i rozszczelniła się obudowa.

Co dalej? Naprawdę nie wiem… Faktem jest, że do momentu uszczelnienia sprzętu, aparat nie powinien pojawiać się mokrych jaskiniach. Chyba będę musiał wrócić do Sony HDR-AS100V, a AW130 pokazać serwisowi Nikona mając nadzieję, że koszt naprawy obudowy nie zmiecie mnie z powierzchni ziemi…

[edit]

Wczoraj w godzinach wieczornych, mój pokiereszowany AW130 powędrował do paczkomatu. Aparat leci do http://www.wielkielektronik.com.pl – udało mi się znaleźć u nich używaną obudowę, której wymiany podjął się serwis. Trzymajcie kciuki za powodzenie tego przeszczepu 😉

Share