Jaskinia w Kielnikach

Jeśli ktoś mnie kiedyś zapyta, jakie wrażenie zrobiła na mnie Jaskinia w Kielnikach, bez wahania odpowiem: „a daj pan spokój”. Dziura w kamieniołomie, którą odwiedziliśmy zaraz po Jaskini Magazyn, okazała się dokładnie tym, czego można było się spodziewać: szparą w kupie kamieni. Obiekt należy do tej grupy jaskiń, którą się odhacza i do której się nie wraca. Dlaczego? Hm… o tym za chwilę. Lećmy po kolei…

Apka na telefonie jasno wskazywała, że od Magazynu mamy w linii prostej niecałe 150 metrów. Korzystając z jeszcze widocznej ścieżki, ruszyliśmy pod górę spodziewając się wyjścia na kamieniołom. I dokładnie na to trafiliśmy.

Po przedarciu się przez zarośla, stanęliśmy na tarasie widokowym, z którego rozpościerał się całkiem przyjemny widok…

Droga w dół nie okazała się żadnym problemem: nie było tak wysoko jak można się było spodziewać, śnieżna kołderka chroniła przed obrażeniami w razie potencjalnej gleby, no i co najważniejsze, kolano pomimo niestabilnego gruntu całkiem sprawnie i bezboleśnie radziło sobie z kolejnymi metrami zejścia.

Co najbardziej zaskoczyło w Kielnikach? Cisza. W kamieniołomie panował totalny spokój. Gdyby nie ślady opon na śniegu, można by pomyśleć, że trafiliśmy w miejsce, gdzie nie dotarła jeszcze żadna cywilizacja. Oczywiście o ile by przyjąć, że kamieniołom jest dziełem natury 😉

Po krótkim spacerze dnem kamieniołomu, trafiamy pod ścianę w której znajduje się (oznaczone tajemniczymi hieroglifami) wejście do dziury.

Jaskinia w Kielnikach. No właśnie. Niby nie jest mała i jest gdzie się poprzeciskać, ale warunki panujące w środku nie sprawiają wrażenia, że borowanie jest dobrym pomysłem. Jak można było się spodziewać, wszędzie wisi pełno wszystkiego, a wszystko to co wisi, jedynie czeka na to by przestać wisieć. I jest krucho. Diabelnie krucho.

Jako, że jaskinia nie rozwija się na boki, teoretycznie można było poszukać wrażeń gdzieś w górze, spróbować zaprzeć się i wdrapać pod strop, jednak ten wyraźnie sugerował, że to może nie być dobry pomysł.

Może i wszystko co nas otaczało nie było jakoś wybitnie kruche i miękkie, ale kompletnie nie dawało poczucia stabilności. A tego nie lubimy ani Piter, ani ja.

Przeciskamy się przez całą długość jaskini, dochodzimy do jej końca i… w zasadzie ani na co tu popatrzeć, ani się czym pozachwycać. Dziura w ścianie, no. Tyle. Wracamy.

…i wychodzimy. W zasadzie dopiero w tym momencie naszego wyjazdu zostajemy czymś naprawdę zachwyceni. W czasie, gdy Jaskinia w Kielnikach pokazywała nam swoje wątpliwe walory, pogoda postanowiła nam zrobić niespodziankę. W chwili wyjścia natrafiliśmy na obraz rodem z bajki: tak przytulnego, zimowego widoku dawno nie było mi dane podziwiać. Zima pełną gębą, taka malownicza i biała, totalnie biała.

I cisza. Jedyne co było słyszalne, to płatki śniegu uderzające w kombinezon.
Choćby dla tego momentu warto tu było przyjechać.

Opuszczamy Kielniki. Dajemy sobie na dziś spokój z Jaskinią Frakcji N. Nie ucieknie.

Chciałoby się w jakiś sposób podsumować Jaskinię w Kielnikach. Jakoś określić ją dwoma, trzema słowami.
Chyba można ją określić jako swoją byłą dziewczynę o dyskusyjnej urodzie: z braku laku fajnie, że się w niej było, ale w sumie to nie ma się czym chwalić.

Share