Jaskinia Olsztyńska – Wszystkich Świętych

Niedziela, piąta rano. Niezadowolony z życia, wyrwany ze snu kot głośno komentuje moje tłuczenie się ze sprzętem po mieszkaniu. Ja sprawnie odhaczam kolejne checboxy na liście wyjazdowej. Tak, zrobiłem sobie kiedyś taką z wszystkimi możliwymi kombinacjami pakowania sprzętu, dzięki czemu od dłuższego czasu nie budzę się pod jaskinią z ręką w nocniku. Ale to nie o liście miało być.

Niedzielny poranek. Mkniemy na północ autostradą. W planie pakiecik Olsztyńska-Wszystkich Świętych, bo: jaskinia jest blisko od parkingu, bo dojście jest płaskie, bo blisko do wyjścia z każdej strony, bo pora przetestować to cholerne kolano. No i pobawić się w nowych kombinezonie, bo w sumie tylko raz był w akcji. I światło też. O rety, ale tęskniłem.

Pomimo namiarów na GPS, pomimo ekstremalnie prostego dojścia do otworu, pomimo mapek i opisu słownego – mijamy otwór i dochodzimy za daleko. Sokole Góry mają to do siebie, że człowiek w trakcie dojścia musi się zagadać i zamiast po 3 minutach stanąć pod otworem – snuje się później po lesie plując sobie w brodę. A może to już taki charakter tych olsztyńskich okolic, że bez solidnego spaceru na rozgrzewkę nie da się wejść do jaskini?

Finalnie znajdujemy otwór, poręczuję, wchodzimy do środka. Dzień dobry Pani Jaskinio.

Jaskinia Wszystkich Świętych zaskakuje. Wiedziałem, że to niewielki obiekt z dużą ilością „wszystkiego po trochu”, ale nie myślałem, że to w „wszystko” będzie tak bardzo upakowane, skompresowane. Po zejściu przez Studnię Warszawiaków trafiam do miejsca, gdzie na pierwszy rzut oka niewiele się dzieje.

Teoretycznie są jakieś boczne maleńkie odejścia, ale jakieś takie… małe one. Pokurczyły się te jaskinie, czy jak?
Moje rozważania przerywa Piter, który z charakterystyczną dla siebie gracją zjeżdża w dół.

Szybki rzut oka na plan i decyzja co robimy: BAKK, czy Most Herberta? Decydujemy się najpierw odwiedzić ten kawałek co to trzeba zaporęczować, a na wspomnienie którego Piter robi się dziwnie nerwowy. Coś czuję, że będzie ciekawe.

W czasie, gdy mój towarzysz zaczyna przedzierać się w stronę Mostu. zerkam jeszcze na dojście pod BAKK. Na pierwszy rzut oka wydaje się ciasno.

W temacie Mostu Herberta wiele wyjaśniło się w momencie, gdy zobaczyłem jak wygląda do niego dojście. Jeśli coś miało być do przetrawersowania, to spodziewałem się przestrzeni i kilometrów lin do położenia, tymczasem ten odcinek okazał się niewielkim kawałkiem jaskini z którym problem polegał na tym, że po początkowej ciasnocie było ciut za szeroko, by poręczować idąc zapieraczką.

Po rozpoznaniu sytuacji zapada decyzja: jako posiadacz dłuższych kończyn, będę miał zaszczyt położyć liny nad ziejącą pustką, która ciągnęła się.. .dobre pięć metrów w dół 😉 Wpycham swój gabaryt w otwór i ruszam…

Stwierdzam dziś z pełną świadomością, że poręczowanie (i późniejsze deporęczowanie) Herberta, to jedna z ciekawszych rzeczy, które ogólnie dane mi było zrobić. Próba jednoczesnego motania liny, łapania się czegokolwiek i pracy na sprzęcie dała mi nieziemską ilość radości. Co prawda po skończonej robocie trzęsłem się jak renta na widok kościelnej tacy, ale (pewnie ze względu na przerwę w chodzeniu po dziurach) sam Herbertowy kawałek zagwarantował niezły wystrzał endorfin.

Zostawiam Herberta za sobą. Gdzieś z tyłu walczy z nim Piter, ja kieruję swoją uwagę ku Sali Peny.

Zerkam w plan na cyferki, zerkam na linę, jeszcze raz zerkam na plan. Jak się nie obrócić, z tyłu dupa. Jak nie rachować, nie wystarczy nam liny na ten zjazd…
Nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia jakim sposobem, ale końcówka życiodajnego sznura zwisa swobodnie jakieś 3 metry nad dnem studni. Próbujemy oszacować, na ile zmiana poręczowania pozwoli nam pójść dalej, ale sytuacja wydaje się gorzej, niż beznadziejna. Piter zjeżdża w dół upewnić się, że faktycznie mamy braki sprzętowe.

No cóż. Czeka nas powrót do tej dziury, mamy niedokończoną sprawę.

Powoli wycofujemy się do Studni. Jaskinia Wszystkich Świętych znów trafia na listę obiektów do odwiedzenia. Tym razem z dłuższą liną i trochę większą ilością czasu, bo zegarek jednoznacznie stwierdza, że nie będziemy mieli na Olsztyńską tyle czasu, ile byśmy chcieli.

No właśnie, Jaskinia Olsztyńska.

Jaskinia, o której teraz myślę „to nie ta”. Bo byłem święcie przekonany, że to w Olsztyńskiej na początku swojej przygody z jaskiniami odpuściłem ze strachu przed ciasnotą. Wchodząc do otworu wiedziałem czego oczekiwać, jakiego kawałka jaskini szukam, tymczasem… wszystko wyglądało inaczej. Dodatkowo zamiast brać się od razu za borowaniem ryjami w ziemi, zaczynamy rozmawiać z sympatycznym małżeństwem, które dołączyło do nas przy otworze Wszystkich Świętych. Jakimś sposobem nie wbijamy się w stronę BAKKa, ale oprowadzamy symapatyczną trójkę (małżeństwo + rozmerdany pies) po Olsztyńskiej. Jedno jest pewne: Piter powinien być przewodnikiem. Nawet dziś, po raz kolejny słuchając tych samych opowieści – odpływam.

Ale zostawmy ten temat: wyprowadzamy towarzystwo na powierzchnię i nurkujemy do BAKKu. Czasu jest na tyle mało, że co najwyżej pooglądamy jak wspomniany „zacisk” wygląda. Już pierwsze metry dojścia do niego sygnalizują, że coś jest nie tak, jak być powinno. To nie ta jaskinia…

To nie ta jaskinia, to nie tu kiedyś odpuściłem, to nie to miejsce. Kwestia zacisku do zaliczenia nie zostaje rozwiązana, a dodatkowo trzeba wrócić jeszcze zawalczyć z BAKKiem. Dziś zdecydowanie nie będzie czasu na zmierzenie się z tym panem.

Z wielkim niedosytem czołgamy się w stronę wyjścia. Z nieco bardziej „turystycznej” części jaskini dobiegają jakieś głosy – fajnie. Będzie można trochę poszpanować, jacy to „zawodowcy” wychodzą z miejsca, gdzie „zwykły” turysta nawet by się nie zapuścił. Tak, ta głupkowata, szczeniacka radość nadal gdzieś tkwi w człowieku, pomimo kolejnych osiemnastu lat na karku.
Piter rusza przodem sprawnie wychodząc do głównego ciągu, ja zostaję w tyle mozolnie przepychając te wszystkie roladki, drożdżówki i kanapeczki, co to zamiast w w geniusz – poszły mi w dupsko.

Robimy sobie jeszcze krótki przemarsz przez jaskinię, rozmawiamy chwilę z ludźmi, zbieramy się. Pora wracać.

Jaskinia Olsztyńska i Wszystkich Świętych zaliczone. I niezaliczone. Zdecydowanie czeka nas powrót do tych dziur. Trzeba dotknąć dna przy Syfonie Leniwego Maksa, trzeba sprawdzić się z BAKKiem. Wydawało się, że przed końcem sezonu uda się domknąć tegoroczną listę dziur w Sokolich Górach, a tu taka niespodzianka…

No i czekają mnie zakupy.
Spore.

Share