EfSiedem

Nastąpiło wypłaszczenie płaszczyzny zawodowej: stała się anemiczna i nijaka, odrażająca w swojej totalnej bezwszystkowości. Chwilowe tendencje wzrostowe nie dają żadnej nadziei, a jedynie podkreślają ogrom wszechsiusiakowości, która okrywa osiem-godziny-ku-chwale swoim napletowym całunem. 

Znaczy się, że jest juchowo, ale obiecałem sobie nie rzucać mięsem na tym blogu.

Tak. Wypalenie zawodowe jest rzeczą straszną.

…a jednocześnie nie mogę, nie potrafię, nie chcę zamknąć 104 wydrukowanych stron, leżących cierpliwie po prawej stronie biurka. Zupełnie, jakbym chciał odsunąć termin złożenia pracy w obawie przed tym, że po jej obronie znów będę skazany jedynie na przerzucanie widłami pryzmy binarnego kompostu z lewej na prawo i z prawej na lewo.

Mam pomysły, mam dziesiątki pomysłów, kilka nawet lepiej niż dokładnie opisanych, ale nie potrafię uwierzyć w to, że są wystarczająco dobre. Brak mi wiary w nie, w to, że coś co robię ma sens i sprawdzi się, zda egzamin, zostanie docenione. Czy to echa wypalenia rozlewającego się poza osiem-godzin-ku-chwale? Niech mnie ktoś kopnie.

Ale mimo wszystko jest dobrze, jest bardzo dobrze. Minął tydzień od momentu, gdy ostatnio coś zabolało. Klękam swobodnie, kucam swobodnie, klęczę swobodnie, nawet mógłbym podskoczyć. Jeszcze miesiąc, jeszcze jedna wizyta, a później może będzie mi dane paść ze zmęczenia na trawę i zaśmiać się spoconym ja w stronę białych krokodyli galopujących przez niebo. Jednego jestem pewien: nawet jeśli nie wrócę w Tatry, to mam prawo cieszyć się z faktu, że już tam byłem. Że zdobyłem, odwiedziłem kilka tamtejszych jaskiń. W skromnym zakresie, takim na miarę moich możliwości. I… pomimo, że mógłbym zrobić coś jeszcze, zobaczyć więcej, zejść głębiej, to chyba nie ma nad czym rozpaczać, że chwilowo nie mogę a może i nie będę mógł już nigdy. Przecież i tak zrobiłem więcej niż większość osób, które mijam na ulicy. Mam co wspominać, zrealizowałem jakiś plan, a to jest najważniejsze.
Słaba pociecha, ale jednak.

Słowa wspomnienia wymaga temat prezentacji, o której pisałem na fb. Prezentacji, którą zawaliłem, która mnie przerosła, która pomimo planu idealnego rozlazła się jak stare gacie. Dziś rozumiem, za dużo jest we mnie tęsknoty, za bardzo chcę znów przeżywać wilgoć i twardość i ciasnotę. Za dużo ich we mnie jak na jednego człowieka.
Zamiast opowiedzieć to, co mogło mieć wartość dla słuchaczy – zatopiłem się w swoich historiach, zbombardowałem świat zdjęciami, bo to był jedyny sposób by przynajmniej w opowieściach jakkolwiek ponownie przeżyć to, co daje zejście na dół.
Popłynąłem z czasem, popłynąłem z tematami, zapomniałem się, zdemolowałem plan wystąpienia Mateusza. Przepraszam wszystkich zainteresowanych.
Tyle.

A póki co mamy lipiec. Sezon w pełni. Żal dupsko ściska gdy widzę zdjęcia z Polany, relacje z wypraw, piecze mnie gdzieś w środku przy każdym kasowanym mailu w którym ktoś omawia plan kolejnego wyjazdu. Beskid odsunięty na kiedyś, kolejne dziury przesuwam w kalendarzu o kolejny miesiąc do przodu, nawet nie potrafię wziąć się za zrobienie porządku w szafie ze sprzętem.

…a jeśli zanim się pozrastam – wygaśnie we mnie to, co czuję do dziur?

*****

A póki co mamy lipiec. Nowy lepszy miesiąc, nowy lepszy ja. Miałem napisać, że pokonałem smoka, który od 20(?) lat prześladował mnie i przerażał i czyhał na moje zdrowie. Miałem napisać jakieś epickie sentencje o rozszarpywaniu mrocznego widma czekającego na okazję, by dać mi w ryj. A prawda jest taka, że musiałem pokonać siebie. Dziwnie jest znów uśmiechać się pełną gębą.

A właśnie, uśmiech i kolano które pozwala klęknąć.

„Tak”.

…i już tęsknota za dziurami boli jakby mniej.

Share