Jaskinia Studnisko

Upiekło się, nie musiałem czekać do września. Jakimś magicznym sposobem podczepiłem się pod zespół chłopaków z SGSP, którzy już wkrótce będą dowodzić akcjami ratunkowymi na wysokościach. Upiekło się podwójnie, bo dodatkowo była okazja spotkać się z Ratownikami z Olsztyna, którzy wpadli do nas sprawdzić jak sobie radzimy.

Niesamowite jest to, jak zareagowałem widząc niebieskie krzyż na bluzach. Niby tacy sami ludzie jak ja (w sensie, że dwie ręce, dwie nogi, głowa itd zależnie od płci), a jednak jakby stali „po drugiej stronie barykady”. Do dziś zadaję sobie pytanie: czy to odruch, czy instynktowna reakcja sprawia, że widząc ratownika człowiek przełącza się automatycznie na tryb wykonywania poleceń? Nie wiem…

Wróćmy do jaskini, bowiem przed naszymi stopami rozwarła swą paszczę mityczna jaskinia na „S”.

Jaskinia Studnisko.

W mojej głowie wokół Studniska powstał jakiś tajemniczy mit. Od początku szlajania się po Sokolich Górach wiedziałem, że jest taki obiekt. Ba! Nawet widziałem otwór raz, czy dwa, natomiast nigdy wcześniej nawet nie przymierzałem się do tej jaskini. Wcześniej wiedziałem, że „trzeba dużo liny i umiejętności”, później biegałem po Tatrach z kursem, następnie jakoś było nam tak nie po drodze. Aż do soboty.

Stając na krawędzi otworu wspomniałem słowa Pitera: „po Tatrach jaskinie jurajskie będą jak wczołganie się pod tapczan”. Spodziewałem się więc, że ze względu na rozmiar i głębokość Jaskini Studnisko (jako tej naj-naj-naj), dane mi będzie poczuć odrobinę tatrzańskiego klimatu. Nie pozostało więc nic innego, jak wskoczyć do dziury by to sprawdzić.

Legendarny, śmiercionośny zjazd do Komory Wejściowej. Kilometry metrów do pokonania, legendarny dzwon, który powala rozmiarami i przestrzenią. Gdzie on jest? Czy zaczynam odczuwać rozczarowanie? Czyżby niedosyt wynikający z faktu, że lina pod rolkami już się skończyła i stoję na dnie? A może odebrałem sobie część tajemnic jaskini rozrywając jej mroki nowym światłem?

Zdziwienie, na pewno zdziwienie. Bo miało być przerażająco, przestrzennie, a jest… Przytulnie. „Dzień dobry Pani Jaskinio” ciśnie się jeszcze raz na usta. Póki co rozglądamy się po sali, zrzucam szpej, ruszamy do Maryny, by poczuć odrobinę Pragnienia.

Bardzo przyjemnie będę wspominał drogę w dół, do dna. Było to jedno z tych zejść, w trakcie których zawalaty człek jadąc na plecach grawitacji co chwilę myśli: „ale tędy to nie wylezę, nie przecisnę się w górę, tu będzie problem, ledwo zlazłem, nie wylezę bez ściągania z siebie gratów”. Bo Jaskinia Studnisko na tym odcinku to momentami jakby Miętusia i jej Ciasny Korytarzyk. Więc cisnąłem się w dół, skazując sam siebie na późniejsze pokonywanie tej samej drogi w górę, mając przeciw sobie swój gabaryt, grawitację i wszystko to, o co można zaczepić kombinezonem. Pchałem się do dna, z uśmiechem na ustach.

Okolice najgłębszego punktu jaskini. Kładę się, wrzucam nogi w otwór i staram się wepchnąć najdalej jak jestem w stanie. Mam nadzieję, że ostatnie rozwidlenie które ledwie minąłem wsuwając się do wysokości kolan, jest legendarnym -77,5. Tyle. Wracamy.

Przeczucie Maryny, które wydawać by się mogło będzie chciało mnie zabić, zatrzymuje mnie na dłużej tylko raz. Wystarczyło zdjąć kask, wyjąć aparat, poszukać kilku cm obwodu likwidując kaptur i kawałek źle ułożonego kombinezonu i już jesteśmy na Pochyłej. Wyskakujemy jeszcze na chwilę do Sali Zawaliskowej.

Miła, przyjemna, poduszkowa. Dyndające pod stropem, dumnie prężące pierś Kalafiory zachwycają. Mały stalaktytowy lasek też wydaje się całkiem przyjemny.

Tylko na potęgę kudłaty strop przypomina, że pora się zbierać – posiadacze włochatych futerek chcą jeszcze trochę pospać.

Kierujemy się w stronę powierzchni.

Wpinamy się kolejno w linę, ja zamykam i deporęczuję drogę. Idzie jakoś topornie, chyba z żalu. Co chwila przystaję, staram się zrobić jeszcze jedno zdjęcie. Naprawdę szkoda stąd wychodzić, pomimo że Studnisko jeszcze ma na rękach świeżą krew ostatniej ofiary. A, nie, przepraszam, to nie Studnisko ma zakrwawione dłonie, lecz ludzka głupota. Studnisko jest po prostu jaskinią, z jej wszystkimi jaskiniowymi zachowaniami. Tak więc, ten teges, do widzenia Pani Jaskinio.

Do zobaczenia.

Share