Jaskinia Kryształowa. Nie polecam.

Jaskinia Kryształowa jest najlepszym dowodem na to, że nie każda jurajska dziura jest miła i przyjemna. Co prawda poza delikatnym zaciskiem na wejściu nie stawia ona większych technicznych wymagań, ale stan Kryształowej sprawia, że człowiek ma wrażenie, jakby obcował z jaskinią-zombie. Taką, która kiedyś żyła, później umarła, a teraz niby jest, ale jednak jakaś taka a-fe i paskudna i chce ugryźć w dupsko i walnąć w łeb. Jak to powiedział Piter: „wyglądała, jakby się do końca nie zawaliła”.

Miałem wobec Kryształowej wysokie wymagania. W końcu jej wejście często jest przysypane, niezbyt wygodne, do tego stojący na drodze do jaskini zacisk… Wszystko wskazywało na to, ze będzie okazja odwiedzenia obiektu, który przez problemy z dostępem nie jest zdemolowany. Dodatkowego smaczku nadawał fakt, że niedaleko Kryształowej jest przepiękna Jaskinia Brzozowa. Rzeczywistość w Kryształowej to strzał w twarz. Zdechłą rybą. Zdechłą tydzień temu. I to taką, co poleżała na słońcu.

Po przepchnięciu się w dół przez wejście i przekopaniu delikatnego zacisku, trafiamy do jaskini o strukturze półkruchego ciasta. Gdzie się nie oprzeć – tam chce się coś sypać. Teoretycznie są też stabilniejsze miejsca, lecz próba przejścia do nich to ciągłe zastanawianie się – iść, czy odpuścić?

Najdelikatniej jak się da, dochodzimy do Sali Zawaliskowej, nie zanurzając się w żaden z bocznych korytarzy. Pętla, która przyjemnie prezentowała się na planie okazuje się miejscem, którego uniknięcie sugeruje zdrowy rozsądek. W zasadzie sięgamy tylko tam, gdzie strop nie sygnalizuje zamiaru zabicia wszystkiego co się podeń wczołga.

Chyba nawet nie mija godzina od chwili odnalezienia otworu, gdy decydujemy się na wycofanie z jaskini. Kryształowa sprawiła, że po wyjściu na powierzchnię oddychamy z ulgą.

Do tej Pani na pewno nie wrócimy.

*****

Więcej zdjęć w galerii Jaskinia Kryształowa.

Share