Jaskinia Brzozowa

Przeglądając dziś zdjęcia z Brzozowej czuję jedno: przyjemny, łechcący niedosyt. A jednocześnie w pełni rozumiem i popieram fakt zamknięcia jaskini na cztery spusty. Bez ograniczenia w ruchu, Jaskinia Brzozowa mogłaby w krótkim czasie stać się cieniem samej siebie. A później nie prezentować więcej, niż większość rozdeptanych jurajskich jaskiń.

*****

Niedzielny poranek. Dzięki uprzejmości Speleoklubu Brzeszcze stawiamy się pod otworem, który przez kilka godzin będzie radośnie witał gości swą rozplombowaną paszczą. Po kilku minutach interesującej rozmowy z Brzeszczowiczaninem, zanurzamy się w dziurze ukrytej pomiędzy brzozami uważając, by nie natrafić na szczątki jakiegoś wraku. Nie chcemy niechcący sprofanować świętości…
Trzy kroki od otworu wejściowego zaczyna się magia…

Brzozowa okazuje się (jak na warunki jurajskie) bardzo przestronnym obiektem. Miejsca jest na tyle, że można chodzić będąc zupełnie wyprostowanym. Nawet wyłączone z ruchu części (boki) chodników nie sprawiają, że pojawiają się jakiekolwiek problemy ze sprawnym poruszaniem się większej grupy osób. Szczerze powiedziawszy, oglądając zdjęcia jaskini na innych stornach obawiałem się, że całość wizyty w dziurze będzie polegała na poruszaniu się jedynie sztywno wytyczonymi szlakami ograniczonymi przez taśmę. Na szczęście tak nie było. Taśma w rzeczywistości zabezpieczała ciekawsze artefakty leżące na spągu, jednocześnie nie ograniczając w żaden sposób swobody poruszania się po jaskini.

Faktem jest, że w związku z krótkimi okienkami „dostępności” Brzozowej, w jaskini było sporo osób. Jak sporo? Tego nie potrafię powiedzieć. Stopień rozległości dziury sprawiał, że tylko sporadycznie wpadaliśmy na siebie z innymi zwiedzającymi: po krótki cześć-skąd-wy-pozdrawiam-narazie wszyscy rozchodzili się w bliżej nieokreślonych kierunkach, by kilka(naście?) minut później znów pozdrawiać się gdzieś spomiędzy wymytych okienek.

Czy wróciłbym do Brzozowej? Zdecydowanie tak. Mimo wszystko niewielka ilość czasu którą mieliśmy do dyspozycji sprawiła, że prześlizgiwaliśmy się pomiędzy punktami/chodnikami nie poświęcając im należytej uwagi. Teoretycznie każdy z korytarzy mogę oznaczyć jako odwiedzony, ale w praktyce wiem, że mając do dyspozycji godzinę, dwie, trzy więcej, mógłbym w jaskini dostrzec liczne miejsca być może nie tak piękne jak Zamkowy Korytarz, ale z pewnością niewiele mniej absorbujące.

Jaskinia Brzozowa zapewniła nam BARDZO udane niedzielne przedpołudnie. Było wszystkiego po trochu: mogliśmy się wyciągnąć, rozciągnąć, skurczyć, wspiąć, przeczołgać, przecisnąć, a wszystko to w miejscu, które (tak mi się wydaje w chwili obecnej) wskakuje na pierwsze miejsce w moim prywatnym rankingu najładniejszych jaskiń na Jurze.

Siedząc nad tym wpisem zerkam jeszcze co chwila na plan, próbuję podsumować wizytę w Brzozowej. Nie udaje mi się ta sztuka. By zakończyć jakąś wyraźną kropką zdanie o tej jaskini, musiałbym mieć pewność, że napisałem o niej wszystko co chciałem. Tak nie jest, a powodem tego stanu jest moje głębokie przekonanie, że MUSZĘ tam wrócić. Zwiedzić ją jeszcze raz, bez pośpiechu, jeszcze raz obejść, przeczołgać każdy z korytarzy, jeszcze raz przestudiować każdy kocioł wirowy. Jaskinia Brzozowa jest tego warta.

I tym oto sposobem nie będzie w tym wpisie wyraźnego podsumowania.
Bo do zobaczenia, Jaskinio Brzozowa.

*****

Brzeszcze – jeszcze raz wielkie dzięki!

Share