Historia zatoczyła koło: Jaskinia w Zielonej Górze, Towarna, Cabanowa

Około 2011 roku pojawiłem się pierwszy raz pod Olsztynem. Minęło 6 lat, ja nadal upieram się, że chodzę po dziurach ledwie 3-4 lata.

*****

Około 2011 roku zostałem zabrany w miejsce, gdzie przerażenie zrównało się z ciekawością. Poznałem zapach, który do dziś powoduje u mnie szybsze bicie serca. Tam poczułem pierwszy raz na dłoniach charakterystyczny chrupot błota trącego o skórę, gdy brudne dłonie starają się chwycić wystający kawałek skały. To jaskinie sprawiły że odnalazłem coś, co jest integralną częścią mojego życia. Do czego tęsknię, za czym usycham z tęsknoty. To przy jaskiniach poznawałem od nowa siebie, to jaskinie sprawiły, że w moim życiu pojawiło się wiele nowych rzeczy. A i w towarzystwie jaskiń coś odeszło. 
Wszystko to miało swój początek kilka kilometrów od Olsztyna. 

Historia zatoczyła koło. Tym razem to ja wprowadzałem do miejsca, gdzie trzeba zrobić coś wbrew sobie po to, by naprawdę było fajnie. 

Bzdura, błahostka, drobiazg, bagatela. A jednak wczorajszy dzień jakoś odciska mi się na psychice. 

*****

Jaskinia Cabanowa. Poszła na pierwszy ogień ze względu na ciekawość, która mnie przepełniała. Nie mogłem się doczekać chwili, gdy zobaczę otwór wejściowy. Intrygowało mnie, co dalej działo się z wlotem, czy dodatkowo był  poszerzany, czy może ingerencja w Cabanową ograniczyła się do rozbicia kamienia, który zawadzał przy wejściu i wymuszał położenie się w pozycji plugawej?

Na szczęście w tej dziurze niewiele się zmieniło. Wyjście nie zostało poddane dalszym modyfikacjom, a ułatwiony dostęp nie poskutkował zaśmieceniem jaskini. Jedynie co, to odnoszę wrażenie, że jakby więcej wpisów zaczęło się pojawiać w pamiątkowym zeszycie leżącym od kilku lat w Cabance.

Przy najbliższej okazji trzeba tam zanieść nowy zeszyt i coś do pisania, a stary zabrać, wysuszyć, zalaminować jego kartki i znów podrzucić do dziury. Mógłbym powiedzieć, że dzieciaki będą miał fajną pamiątkę, lecz prawda jest taka, że i ja za każdym razem gdy jestem w tej jaskini chętnie coś dopisuję…

Zaglądamy wszędzie gdzie się da (a za dużo tego nie ma) i wychodzimy z jaskini. Cabanowa zaliczona.

*****

Z Kusiętami mam pewien problem. Niej jestem w stanie określić, czy tę lokalizację kojarzę pozytywnie, czy negatywnie. Miało tam miejsce bardzo dużo wydarzeń, tamtejsza ziemia była świadkiem największych uniesień, najpiękniejszy emocji, jak i najgłębszego smutku, rozpaczy. Gdybym miał wskazać miejsce, które widziało mnie w każdym możliwym stanie, byłaby to podolsztyńska polana z przyległościami.

*****

Jaskinia Towarna i Dzwonnica. Jak zwykle zaskakująco rozległa. Ciągle zadziwia mnie, jak dużo wszystkiego można odnaleźć w tamtejszym najmniejszym z małych. Kilka korytarzy rozciągniętych pomiędzy dwoma otworami (o kurde, przecież tam za każdym razem robię trawers! 😉 ) daje możliwość spróbowania wszystkiego. Takiego mini-spróbowania, taka przystaweczka na smaka. Takie niby nic, a apetyt potrafi zaostrzyć…

A w samej Towarnej bez zmian. Trochę śmiecia przy wlocie, trochę komarów w środku. Niezmiennie wygodna i przytulna.

Za każdym razem gdy czołgam się w kierunku Dzwonnicy, odnoszę wrażenie że przejście do niej jest coraz bardziej… pluszowe? Kawałeczek niższego korytarza który kiedyś wydawał się drogą na dno piekła, dziś wydaje się czymś pomiędzy świetlicą i sypialnią. Bo ciepło, bo nie ma kamieni pod dupskiem, bo człek wyprostować się może i nic na łeb nie leci..

Dzwonnica nie zabrała nam tego dnia wiele czasu. Pokazała wszystko co miała do zaoferowania…

…i wypuściła na zewnątrz.

*****

Niedzielny wieczór. Siedzimy na spotkaniu z trekingowcami, którzy po powrocie z ABC chcą podzielić się nepalskimi wrażeniami. W łapie kawa, w dłoni Dłoń, w zębach trzeszczy odrobina zazdrości. Bo na ekranie oni: przejęci, uśmiechnięci, szczęśliwi, a jednocześnie odrobinę zagubieni. Rozglądający się nerwowo, w obcym kraju, obcym środowisku, realizujący swoje marzenia. Cięcie, kilka sekund materiału, kolejne cięcie, następne ujęcie, dynamiczne, ciut chaotyczne, przepełnione uśmiechem i radością z trwającej przygody i…

– cholera, zobacz, pomyślałem teraz, że przecież takie video mogło być ostatnim materiałem zarejestrowanym przed tym, jak z(a)ginęli…

Cieszę się, że wrócili cali i zdrowi. 

*****

Jaskinia w Zielonej Górze. Ostatnia tego dnia. Taka tradycyjna, jaskiniowa kropka nad i, bo lubię ją, bo jest wielka, bo pięknie zlał się strop ze spągiem, bo jest las stalagnatów i wielka sala a nawet dwie i można zrobić kółko i jest tam kawałek który ostatnio przegapiłem i…

…i jednak jest niewielka, obleśnie zlał się strop ze spągiem, las okazał się brudnym wysypiskiem kamiennych niedoform, sala stała się dziwnie mała, podobnie jak pętla, którą wypełniam w połowie kładąc się wzdłuż drogi. Nie rozumiem siebie. Zielona Góra mnie rozczarowała. Całkowicie. Gdzieś wyparował jej czar, stała się skamieniałym wrzodem, który nie cieszył się na mój widok i na widok którego nie cieszyłem się ja. Jeszcze stalagnatowy lasek wydawał się przez moment interesujący, ale po chwili jakby… jakby dziura chciała powiedzieć, że to nie dzień na odwiedziny. Że dziś nas nie zachwyci.

Rozumiem ją. Czasami też tak mam, że nie zamiast starać się dać z siebie coś wzniosłego, jestem w stanie jedynie próbować nie przekazywać tego, co najbardziej parszywe.

Zielona miała zły dzień.
…a może tak wyszło, bo wchodząc do niej zapomniałem powiedzieć „Dzień dobry Pani Jaskinio”?

*****

Historia zatoczyła koło.

*****

A, no i zdałem sesję. Tym razem będzie bez stypendium.
I miałem osiemnastą rocznicę osiemnastych urodzin.
I lubię gumienne dżdżownice spożywcze.
Te białe są najsmaczniejsze. 

Share