Pod Wantą #2, czyli Litworowy Dzwon jeszcze raz.

„…idziemy wzdłuż kontaktu wapieni z krystalinikiem na orograficznie prawy skraj wybitnej depresji opadającej ku żlebowi, którym prowadzi szlak. Następnie trawersujemy początkowo po grubym piargu, a dalej po trawiastej półce na siodełko w grzędzie ograniczającej wspomnianą depresję, od następnej, opadającej już do Dolinki Litworowej.”

Co ja k*wa czytam, „Nad Niemnem”?!

Jaskinia Pod Wantą. Czy tam Litworowy Dzwon. Jak zwał, tak zwał.

Jeśli miałbym ten dzień traktować tylko z punktu widzenia wizyty w jaskini, to czwartek określiłbym jako fatalny. Kobylarzowy Żleb niezmiennie śmierdział przepoconą, męczącą monotonią, wcześniejszy odcinek od Miętusiego Przysłopu, też podsuwał myśli samobójcze. Całość próbowały ratować Świstówki, na które widok był przedni.

jaskinia-pod-wanta-litworowy-dzwon-7jaskinia-pod-wanta-litworowy-dzwon-10 jaskinia-pod-wanta-litworowy-dzwon-14

A sama jaskinia? Hm…
Kiedyś, gdy uczyłem się chodzenia z wykorzystaniem lin, jaskinia Pod Wantą wydawała się atrakcyjna: zjazd, zjazd, zero czołgania, jeszcze z dwa zjazdy, same czyste sznury, och i ach!

jaskinia-pod-wanta-litworowy-dzwon-19jaskinia-pod-wanta-litworowy-dzwon-23

Tego dnia Litworowy Dzwon był… nudny. Wielka Śnieżna, równie „zjazdowa” dostarczała atrakcji, miejsc, które zachwycały, problemów znanych od strony linowo-technicznej, ale przyjemnie zaskakujących formą. Pod Wantą zdaje się być już tylko… nudna. Wydawać się może, że jakąkolwiek radość z tej jaskini mieli jedynie Kursanci, radośnie borujący w dnie jaskini, szukający przyjemności w ciasnej, prawie domykającej się pętli szpar pomiędzy skałami.

jaskinia-pod-wanta-litworowy-dzwon-31

Nie chciało mi się. Po prostu nie chciało. Jednocześnie zrozumiałem tego dnia jedną rzecz: taternictwo jaskiniowe, to nie sport weekendowy. To dyscyplina, na rzecz której należy pracować cały tydzień. I to nie w „dowolnej” formie mającej wzmocnić wydolność, formę, siłę. Taternictwo jaskiniowe wymaga ciągłego poruszania się w pionach, a zadanie to można realizować jedynie pokonując kolejne metry ścianek. Zamiast ochraniaczy – ścianka. Zamiast maty – ścianka. Zamiast rękawic – ścianka. Wszystko ścianka.

jaskinia-pod-wanta-litworowy-dzwon-26jaskinia-pod-wanta-litworowy-dzwon-33

Po raz kolejny zadaję sobie pytanie: gdzie jest moje miejsce, jeśli nie tu, w jaskiniach? A jeśli jest ono tutaj, to dlaczego się nudzę? A może chodzi o inne jaskinie? Przecież mogę nie być taternikiem jaskiniowym, a jedynie weekendowym szambonurkiem jurajskim? A nawet jeśli – czy byłoby to złe? Czy zdobyta Karta Taternika Jaskiniowego wymusza nam nie jakieś zachowania? Nakazuje zwiększyć wyzwania stawiane przed sobą? Czy mając Kartę, powinienem zaliczać coraz trudniejsze otwory?

…a może pora przypomnieć sobie, po co robiłem ten kurs? Przecież nie chodziło o Tatry. Zależało mi na wejściach do jaskiń jurajskich. Na bezpiecznych przejściach, na umiejętnościach które sprawią, że nie zabiję się „zdobywając” 15 metrów pionu.

Przecież tu chodzi o to, by cieszyć się z jaskiń. Bez narzucania sobie na łeb ram, definicji, które to z dziur są „godne” zainteresowania „taternika jaskiniowego”. Czy to dlatego wizyta w banalnej Raptawickiej dała mi więcej szczęścia, niż Pod Wantą?

Tak bardzo chcę się znów cieszyć jaskiniami, zamiast walczyć z nimi.

*****

…i nagle, ostatecznie, niespodziewanie czwartek mnie zachwycił. Powalił na kolana.
Droga powrotna z Pod Wantą przypadła w czasie, gdy dzień miał się ku końcowi. Jesień, przestrzeń i pnące się ku niebu skały, po których ześlizgiwały się ostatnie promienie słońca. Widok klasy „zobaczyć i umrzeć”.

jaskinia-pod-wanta-litworowy-dzwon-35 jaskinia-pod-wanta-litworowy-dzwon-36 jaskinia-pod-wanta-litworowy-dzwon-38

…i tu jest ten problem. Bo tam, w Tatrach jest czas, by siąść i zachwycić się. Przeżyć. Bez rozcieńczania gwiazd łuną znad miasta, bez takich słów jak „krótko”, „szybka”, „niedługo”.

A jednocześnie coraz bardziej ciąży mi odległość.
Odległość do domu.

Share