Pół żartem, pół serio: widziałem „Smoleńsk”.

Niedzielny wieczór. Stoję przy kasie kupując bilety na film. TEN film. No bo w sumie jeśli mamy już wieszać na czymś psy, to dobrze byłoby wiedzieć, o czym mówimy. I właśnie z tego powodu zdecydowaliśmy się pójść do kina na „Smoleńsk”.

Jak już wspominałem, stoję przy kasie. W kinie pustka jak w głowie przeciętnego SmoleKatoPisuara. Trochę wstyd kupować bilet, więc zastanawiam się, w jaki inny sposób powiedzieć na co chcemy iść. Może by to jakoś tak, nie wiem…

  • „poproszę o bilety na film o samolocie”?
  • „poproszę o bilety na moherepopeję”?
  • „poproszę duże nachos, a do tego pieczoną kaczkę”?

Bez sensu. Rozglądam się po kinie. W najodleglejszym rogu, w cieniu, stoi roztrzęsiona staruszka memlając w dłoniach beret. Prawie ukręciła antenkę. Kawałek dalej dziwny jegomość w patriotycznej koszulce bez rękawów i twarzą bez oznak myślenia, próbuje zaimponować swej towarzyszce opowieścią o tym, jak ostatnio na budce z żydowskim kebabem, napisał „brudasy do zo”. Tzn chciał napisać, że „brudasy to ch*je”, ale nie wiedział przez jakie „u”.

– Co dla Pana  – wyrywa mnie z zamyślenia głos sprzedawcy.
– Dwa studenckie i jeden cały na „Smoleńsk” proszę.
– Nachos do tego?

O tak.. Scena katastrofy, ciała rwane na strzępy, trzask kości i nachosów… No nie no, jednak trochę szacunku się należy.

– Nie, dziękuję, wystarczy cola i średni popcorn.

Płacę milion pieniędzy i siadam czekając na resztę ekipy. Do tej coli mogłem tajniacko dolać z dwie setki czystej, może by to jakoś bardziej bezboleśnie poszło…

*****

Żarty żartami, ale zobaczyliśmy ten film. Do końca. I jeśli chodzi o mnie – jestem zaskoczony. W chwili, gdy ktoś nie jest zmanipulowanym katomoheropisuarem – może potraktować „Smoleńsk” jako ciekawy sposób zerknięcia na temat tamtych wydarzeń z nieco innego punktu widzenia.

Faktem jest, że powinien być nałożony całkowity zakaz wpuszczania szkół (podstawowych, gimnazjów) na ten film. „Smoleńsk” potwornie manipuluje, jest stronniczy i tendencyjny. Dzieciak oglądający ten obraz mógłby uwierzyć, że to co dzieje się na ekranie – było prawdą. A przecież prawdy na temat wydarzeń w Smoleńsku, nie zna prawie nikt.

Jednym z największych zaskoczeń, które dane mi było przeżyć podczas projekcji, była scena, której się kompletnie nie spodziewałem. W całym tym pseudofabularnym, politycznym bełkocie, znalazło się pół minuty naprawdę dobrego kina.. Nie spodziewałem się po tak słabym filmie tak poruszającego momentu. I z premedytacją nie zdradzę szczegółów.
…jednocześnie uprzedzając, że nie chodzi mi o zapis chwili katastrofy, której obraz prawie dorównywał efektami specjalnymi smokom z Wiedźmina. Normalnie aż mi się popcorn wysypał.

Wracam myślami do filmu z jednej strony pasjonującego jak reklamy na Polsacie, a z drugiej już stanowiącego część historii, która właśnie się dzieje, w której uczestniczymy. I chyba przez to, że temat Smoleńska jest integralną częścią naszego „dzisiaj”, warto było przejść się do kina. By mieć pełniejszy obraz tego, jakie zmiany zachodzą wokół nas.

Podsumowując: nie uważam czasu poświęconego na „Smoleńsk” za czas stracony. Pomimo lejącej się z ekranu politycznej, indoktrynacyjnej papki, człowiek myślący jest w stanie dzięki temu filmowi znaleźć kilka nowych, ciekawych pytań, na które chętnie usłyszałby odpowiedź.
Tak, „Smoleńsk” można postawić na jednej półce z „Piraniokondą”, „Robokrokodylem” i „Piranią 3dd”. Temat tragedii smoleńskiej, stał się z czasem jakąś dziwną formą szopki, politycznego happeningu. Ludzka tragedia stała czymś karykaturalnym. Ostatnie miesiące, lata, sprawiły, że zapomnieliśmy o zmarłych, postrzegając temat Smoleńska jako atrakcję polityczną, wokół której  rosną nowe gwiazdy, starające się wybić na coraz dziwniejszych pomysłach.

Ale czy nawet najdziwniejsze twory nie powinny mieć swojego miejsca w historii?

 

Share