Strzał z liścia, korona i uciekający Szerpowie

Liść tak jakby dał mi z liścia. Po prostu dostałem w pysk brązowiejącym liściem. A w zasadzie widokiem brązowiejącego liścia. Bo nagle zrobił się wrzesień.

Wakacje których nie było – minęły bezpowrotnie. Jeszcze niby jest miesiąc czasu do rozpoczęcia nauki, ale to jedynie miesięczne, studenckie przedłużanie przedsemestralnej agonii. Bo wakacje są w lipcu i sierpniu. Ale to nie szkodzi. Bo gdzieś w końcówce tych wakacji które nie były, narodziła się jedna, ciekawa myśl. Takie małe ziarno, które coraz szybciej kiełkuje przybierając formy całkiem realnego pomysłu. Bo….

…bo cały czas mam problem z górami. Bo nie lubię po nich chodzić, bo chodzenie dla chodzenia, czy powielających się widoków jest dla mnie równie pasjonujące, co obserwowanie schnącej farby. A gdyby tak… poszukać w tych przejściach jakiegoś schematu? Znaleźć plan, który można realizować, plan, do realizacji którego góry są potrzebne? Jeśli udało mi się zdobyć kartę taternika, to może pora postawić przed sobą kolejne wyzwanie?

A może by tak Korona Gór Polski?

Zawsze jakiś cel, zawsze coś do zdobycia, coś, co ma początek i określony koniec. Co motywowałoby mnie do walki ze sobą, pokonywania siebie. Coś z namacalnym efektem końcowym. Coraz bardziej zaczyna mi smakować ten pomysł…

*****

Letni poranek. Człapiemy Chochołowską. Nuda leje się litrami, wokół bezmiar nijakości. Gdzieś w oddali majaczy kawałek szczytu. Pewnie tego, na który spróbujemy wleźć.
Trochę z tyłu, po mojej lewicy człapie Piter.
Niespodziewanie następuje nagły zwrot akcji, Piter się odzywa:

– …i pomyśleć, że za kilka miesięcy będę oglądał większe góry. No i do tego ośnieżone.

Fakt, Piter wybiera się do Katmandu. Trochę zazdroszczę.

– …no i tak myślę, że może tak będę prowadził dziennik. Taki dzień po dniu, żeby mieć pamiątkę z tego wyjazdu.

Fakt, pomysł przedni. W sumie niezbyt często człowiek pozwala sobie na wyjazd, który będzie wspominać przez kolejne naście (jeśli nie dziesiąt) lat. Miło będzie po latach wracać do notatek, świeżo zapisywanych wrażeń z wyprawy, relacji spisywanych ręką roztrzęsioną od ogromu emocji. Już czuję pod palcami stary, pomarszczony papier notatnika, bez mała widzę stawiane na szybko, niezbyt czytelne litery, bez mała mogę sobie wyobrazić, jaki będzie w dotyku Piterowy kajet, jak będzie pachniał, jakie zdjęcia, kartki, rozpadające się bilety i ulotki będzie w nim upychał.
Nawet mogę sobie wyobrazić zapiski w notesie poczynione…

– dzień #1: dojechaliśmy.
– dzień #2: rozpakowaliśmy się, można powiedzieć, że wprowadziliśmy się do obozu.
– dzień #3: skończyły mi się fajki.
– dzień #4: nauczyłem się skręcać fajki z gazet i nabijać je suszonymi bobkami. Skończyła mi się wódka.
– dzień #6: tutejsza wódka ma tylko 12 procent.
– dzień #9: zauważyłem, że w obozie nie ma kobiet.
– dzień #12: jedna z kóz wydaje się bardzo atrakcyjna…
– dzień #17: kozy siadają na dupskach widząc, że idę w ich stronę.
– dzień #23: kozy uciekły.
– dzień #25: nauczyłem się łapać wiewiórki górskie. Szukam taśmy klejącej.
– dzień #32: skończyły się wiewiórki, taśma jeszcze jest, ale Szerpowie uciekli.

…nie, nie nie nie nie! Dolina Chochołowska zdecydowanie źle na mnie wpływa. Trzeba przyspieszyć kroku, zanim mój umysł uda się w naprawdę mroczne rejony…

Share