Chyba czegoś nie zrozumiałem.

Zdecydowanie musiałem czegoś nie zrozumieć. Coś ważnego musiało mi umknąć.

…bo poszedłem, bo przeszedłem, bo wróciłem i… minęło 6 czy tam 8 godzin. Nawet nie pamiętam ile – jest to równie nieistotne, jak cała wyprawa.

Pierwszy raz całość trasy opierała się na innym punkcie wyjścia, niż Kościelisko. Ruszyliśmy Chochołowską. Po godzinie brnięcia przez znudzone powietrze, pomiędzy znudzonymi ludźmi, krok za krokiem po nudnym asfalcie stającym się po jakimś czasie nie mniej nudnymi kamieniami – zacząłem się nudzić. Dolina nie dostarczała żadnych atrakcji. Idąc Kościeliskiem, cały czas mam wokół siebie coś na czym mogę zawiesić wzrok, myśl, co rodzi skojarzenia i wspomnienia. Co cieszy. A Chochołowska po prostu starała się zabić. Nudą.

DSCN2473 DSCN2476

No dobrze, być może ten kawałek po prostu taki ma być. Nie ma co starać się o tytuł Malkontenta Roku. Tym bardziej, że oto dochodzimy do Polany Chochołowskiej, powalającej swoim pięknem, zachwalanej, będącej celem wypraw rowerowych dziesiątek weekendowych kolarzy, kolarek i kolarzątek.

DSCN2478

I jest. Jest trawa, trochę dalej jakieś kamienie wystają, po trawie biegają owce, wilcy, czy inne barany próbujące odbeknięciami po piwie zwrócić na siebie owczą uwagę.
Mój kraj, taki piękny.

Ruszamy dalej. Za Chochołowską, w planie są Grześ, Rakoń, być może podejście pod Wołowiec i powrót zielonym na Chochołowską. Z tego ostatniego najbardziej się cieszę – będę mógł znów iść 1.5h asfaltem.

Wczłapaliśmy na Grzesia. Wczłapaliśmy na Rakoń. Uczciwie szukałem, rozglądałem się, wypatrywałem tego piękna Tatr, które miało mnie porwać, które miało mnie zachwycić. Szukałem w sobie tej jakże potrzebnej chwili odetchnięcia emocjonalnego, wyciszenia. No nie, nie ma. Nie znalazłem. Trasa którą zrobiliśmy, była nijaka jak niedogotowany makaron z suchym twarogiem. Bez soli. Na papierowej tacce.

DSCN2481 DSCN2485

Pewnie moja w tym wina. Nie znalazłem ani zachwytu, ani wyciszenia. Jedyną odczuwalną rzeczą mającą tam wpływ na moje samopoczucie, były grupki drących mordy ludzi. Rodzicie stulecia wmawiający swoim kilkuletnim dzieciom, że krwawienie uszami ze zmęczenia jest ok, że boląca nóżka jest ok (nawet, jeśli kolanka zgina się do przodu), że jeszcze tylko siedem godzinek i w nagrodę dzieciak dostanie batonika. O ile nie wyleci to z głowy, bo troskliwy tatuś zdążył już ze szwagrem wyjebać w trakcie podejścia po czteropaczku na łeb i możliwe, że o batonie po prostu zdarzy się zapomnieć.

DSCN2494

Staram się nie słuchać ludzi, staram się ignorować rozwrzeszczaną nastolatkę, która na widok żółtej tabliczki wydaje z siebie dźwięk dymanej lamy, zamykam się w sobie i cały czas szukam.
No nie znajduję, no nie, naprawdę, Kasprowicz musiał cały czas łazić napruty, albo tworzył swe dzieła fapiąc do zdjęć innych gór.

Zbieramy się, wchodzimy na zielony szlak i ruszamy w dół.

DSCN2504

Jeśli cokolwiek może walczyć z Chochołowską o tytuł najnudniejszej trasy, będzie to żółta w dół spod Wołowca.

Niedzielne popołudnie. Powoli dochodzimy do Chochołowskiej. Zaczyna padać.

DSCN2509

Zakładam kurtkę, poprawiam plecak, ruszam tą asfaltową nieskończonością. W końcu jeszcze trochę ponad godzina i będziemy przy samochodzie.
Przynajmniej jedno dziś się udało, przynajmniej jedno mnie zaskoczyło: nie zostawałem w tyle. Organizm jakimś dziwnym sposobem przyjął przechadzkę na klatę, nie zajechałem się, nie czuję jakiegoś powalającego zmęczenia, wg zapewnień Towarzyszy mieliśmy naprawdę dobre tempo. Przynajmniej tyle.

..czyli jednak znalazło się coś, co cieszy.

*****

Po dziesięciu minutach marszu Chochołowską, strzelił mi kręgosłup w odcinku piersiowym.
I znów trzeba odpuścić na kilka chwil…

Share