Kurs Taternictwa Jaskiniowego – cała prawda

Czego szuka człowiek na Kursie? Nie wiem. Wrażeń? Wyzwań? Okazji do zmierzenia się z własnym strachem i ograniczeniami? A może po prostu czasami w jednym łbie roi się zbyt wiele myśli jak na jednego człowieka i trzeba uciec do świata, w którym wszystko jest proste jak 2+1=3. Do świata, w którym nie ma czasu na interpretację, gdzie wszystko jest jasne, proste i czytelne. I nie ma możliwości, by zrobić coś poza jasno określonymi, narzuconymi w kolejności i technice wykonywania czynnościami. Bo jeśli człek zajmie się czymś poza poprawnym wpięciem w linę – nie zostanie mu na rozmyślanie więcej jak 3 sekundy. Akurat tyle czasu potrzeba, by spaść na samo dno studni.

„Po tym jak zobaczysz jaskinie w Tatrach,
dziury w Jurze będą dla Ciebie jak wejście pod tapczan”

                                                 Strzelec

Z jednej strony kurs miał być rozwinięciem tego, co robiłem wcześniej, czy to sam, czy też ze swoją ekipą. Takiego ot raczkowania po jaskiniach Jury: emocjonowania się pokonaniem pięciu metrów progu czy przeciśnięciem tyłka przez coś, co nawet nie kwalifikuje się do żadnej z Z-etek.
Ale jednocześnie był okazją, by na chwilę się wyrwać z galopującego pędu zmian, jakie przyszło mi przechodzić. Okazją do całkowitego odrzucenia nadziei i niepokojów plączących się po głowie, odsunięcia ich na bok i skupienia się na tym co ważne: jak się nie zabić.

…a później okazało się, że wszystkie trudności jakie postawiło przed człowiekiem życie, nie były tak straszne, jak satysfakcjonujące było ich pokonywanie.

RKG Nocek.

*****

Pierwsza wizyta

Spotkanie organizacyjne było ciekawym momentem. Nagle trafiłem do świata ludzi, dla których nie było niczym niecodziennym przedzieranie się przez jaskinie o planie przebijającym wszystko, co w sumie do tej pory zrobiłem przez całe swoje życie. Pierwsza wizyta w Nocku pokazywała, jak bardzo speleo-nikim jest ktoś, kto do tej pory miał się za osobę chodzącą po jaskiniach. Np. taki ja.

Pojawiały się na rzutniku zdjęcia jaskiń, jakiegoś dziwnego sprzętu, planów, terminów, harmonogramów; ktoś snuł opowieści o przygodzie, przyjaźni, odpowiedzialności i bezpieczeństwie. Wszystko to było niczym w porównaniu do tego, co faktycznie miał oznaczać kurs. Bo – jak się później okazało – próba zdobycia Karty Taternika Jaskiniowego to ciąg wydarzeń opartych na kłamstwie.

Kurs

Każdy element kursu mija się z prawdą. Najpierw trzeba się okłamać, że pomimo w miarę wysokiej aktywności fizycznej, jest się przygotowanym do podejść, zejść i powrotów. Góry szybko weryfikują możliwości człowieka, jednocześnie zmuszając go do nauki wszystkiego od nowa. Od podstaw. Chociażby chodzenia, stawiania kolejnych kroków. Bo to nie jest już płaska Jura, to nie plecaczek wypchany czterema kilogramami sprzętu. To kilkugodzinne podejścia z garbem, który wbija w ziemię, destabilizuje kolejne kroki i sprawia, że czując brak stabilności w nogach, uczestnik kursu boi się wykonać następny ruch. Bo trzydzieści centymetrów na lewo od stopy jest urwisko. Takie z rozdziawioną paszczą, czekające by pożreć nieuważnego kursanta.

Kolejne kłamstwo; zacieranie prawdy, to wmawianie sobie, że jest szansa, by podejść pod samą jaskinię. Nie, nie da się. Grzbiet przyzwyczajony do innego obciążenia, nogi przystosowane do treningowego kopania kolegów w głowę – wszystko buntuje się przeciw kolejnemu krokowi w górę. Bo nie do tego został przyzwyczajony organizm, bo wcześniej pokonywać trzeba było agresorów, niby-pijanych, niby-atakujących, z niby-nożem, natomiast dziś, teraz, tu, trzeba pokonać gorszego wroga. Samego siebie. I swoje ograniczenia i skamieniały, zdrowy rozsądek, który zdążył już sparcieć i nie daje się rozciągnąć w żadną ze stron. W końcu człowiek wykształcił w sobie jakiś sposób postrzegania tego, co jest normą, co jest bezpieczne i w zasięgu możliwość.

Trzeba się samemu zgwałcić i pokonać.

*****

Jaskinie

Kolejne kłamstwo. Nie ma jaskiń, nie ma dziur, jest tylko niemająca końca droga w górę. W człowieku zaczyna się rodzić nienawiść do kursu. Bo miało być fajnie, miały być dziury do zwiedzania. Zamiast tego jest przedzieranie się w stronę kolejnego szczytu. Nikt na spotkaniu organizacyjnym nie powiedział, że grubo ponad połowę akcji potrafi stanowić podejście i zejście. I to w dodatku w środowisku, które jest dla mnie kompletnie obce i nieprzyjazne.
Tak, gdzieś podczas wyjazdów pojawia się dziura. Ale jest ona jedynie jednym z elementów niekończącego się wnoszenia sprzętu gdzieś wysoko, o tam. I znoszenia go na dół.

Czasami siadam przed komputerem, zaczynam przeglądać swoje opisy, zdjęcia, notatki z zejść. To, co najlepiej z nich zapamiętałem, to to, jak bardzo kląłem podczas którego dojścia do dziury. Z jakim przekonaniem twierdziłem, że to była ostatnia jaskinia i rezygnuję z kursu. Bo znów zmęczenie i ból i ciemność. I pewnie zaraz zza krzaka wyskoczy ten cholerny niedźwiedź i rozszarpie mnie pół godziny drogi przed bazą.
Tak, tu jest kolejne kłamstwo. Takie pod tytułem „rezygnuję z kursu”.

*****

Czas

Następnym w kolejce kłamstwem jest czas. Czas, który mieliśmy mieć dla siebie, dla jaskiń, dla czerpania przyjemności ze złażenia do dziur.
Tego czasu nie ma. Zostaje on wyrwany przez instruktora. Czas jest rzucany na pożarcie harmonogramowi z planowanym czasem pobytu w dziurze, z planami na następne dni. Kurs pochłania nie tylko pieniądze, ale i cenne godziny. Oddając się we władanie kursu, traci się część siebie. Świadomie i dobrowolnie rezygnuje z tego, w jaki sposób spędzę tę część życia. Nie ma czasu na docenianie wnętrza dziury, zachwycanie się szatą naciekową (o ile akurat się trafi), nie można spokojnie po akcji siąść przed otworem i gapić się przez godzinę czy dwie w niebo, kontemplując to, co spotkało nas na dole. Nie, kurs na to nie pozwala. Nie ma czasu na radość.

…bo jutro trzeba wstać o 5, żeby wyjść o 6, żeby być pod otworem o 9-10, żeby o 18 zacząć schodzić do bazy.

Gonitwa.

*****

Nienawiść

Kurs. Coś, co miało być przygodą, okazją do nauki nowych rzeczy, staje się pożywką dla rodzącej się nienawiści. Nienawiści do kursu, do dziur, do własnych ograniczeń i zasad obowiązujących w kursowym świecie, do którego przez rok się należy. Mierzi wszystko: narzucane schematy, zadania, kolejne zejście, podczas którego nie było czasu, by pogapić się na makarony, które specjalnie dla mnie urodziły się i narastały przez ostanie pierdylion lat, a które musiałem opuścić niedocenione. Bo do dna jeszcze dwa kominy i syfon i półka, a czasu jest mało.
Nienawidzi się tempa marszu, bo albo ktoś marudzi z tyłu, albo jest się tym marudzącym. Nienawidzi się, że nie stać człowieka na lżejsze gumowce, lepsze światło, szczelniejszy kombinezon.

A największą nienawiść odczuwam sam do siebie, gdy przychodzi przerwa, podczas której nie jadę w Tatry i zaczynam rozumieć, jak bardzo tęsknię za całym tym syfem.

*****

Człowiek

Warszawskie ciule. Cholerny psychopata narzucający mordercze tempo. Świry namawiające, by pokonać jeszcze jeden syfon. Głupie babsko niepotrafiące zrozumieć, że mając dupsko wielkości naczepy, nie dam rady szybciej przeciskać się w górę. O, jak ja Was wszystkich nienawidzę!

…i jednocześnie wiem, że poszedłbym za Wami w najgłębszy syf, gdyby coś się Wam stało. I Wy poszlibyście za mną. Bo powstaje jakaś dziwna relacja pomiędzy ludźmi, którzy razem narażają zdrowie i życie dla samej idei narażania zdrowia i życia. Bo kawałek poniżej wszystkich niebezpieczeństw, z którymi przyjdzie się zmierzyć, jest satysfakcja: udało nam się. Nam. NAM. I MY to rozumiemy. Bez zbędnych słów.

– … masz, zjedz batona, dobrze ci to zrobi.

– Pomóc ci nieść ten wór?

– Ej, wychodzicie? Macie jakieś kanapki?
– Jasne, trzymaj.

– Czekaj, wejdę na górę, podasz mi wszystkie worki, a ja je tam wrzucę, żebyście nie musieli się z nimi wspinać.

– Dajcie mi jeszcze jakieś liny, zostało mi miejsce w plecaku.

 *****

Kiedyś myślałem, że szczyt ewolucji to moment, gdy całkowicie świadomie przedstawiciel jakiegoś gatunku rezygnuje z bezpiecznego środowiska, narażając się na utratę życia lub zdrowia. Wbrew instynktowi i składanym sobie obietnicom, po raz kolejny podejmuje próbę przełamania własnych barier. Pcha się w miejsce, do życia w którym nie został przez Matkę Naturę stworzony.
Dziś Ktoś mi uświadomił, że to nie tak. W końcu, nie pędzimy na spotkanie niebezpieczeństwa niczym stado baranów w stronę pastwiska z pierwszą, najsmaczniejszą, wiosenną trawą. Przecież każdy nasz krok jest zaplanowany, przemyślany; analizujemy plany jaskiń, przygotowujemy odpowiedni sprzęt, ustalamy z wyprzedzeniem bieg wydarzeń, jednocześnie starając się wykluczyć możliwie jak najwięcej zagrożeń.
I zrozumiałem też, że nie ma też sensu dorabianie do jaskiniowych zejść jakiejkolwiek ideologii opierającej się na tym, jacy to jesteśmy genialni i rozwinięci cywilizacyjnie.

Więc czym, u licha, jest zwiedzanie jaskiń? Kaprysem? Głupotą? Wyuzdanym hobby? Próbą dowartościowania się? Narkotykiem? Niecodziennym sposobem na wydawanie ciężko zarobionych pieniędzy?

…bo w jaskiniach chodzi o taki moment, gdy po wszystkim padasz ledwo żywy na łóżko. I jeszcze jesteś roztrzęsiony i jeszcze wydychasz z siebie ostatnie opary podziemi. I już wiesz, że jutro będzie bolało i już się cieszysz, bo za kilka dni będzie okazja do kolejnego zejścia.

Witajcie w jaskiniach.

 

Tekst popełniony na potrzeby biuletynu wydanego z okazji 40-lecia RKG Nocek.

Kurs taternictwa jaskiniowego we wpisach czarnodziurskich:

 

 

Share