Pierwsza potatrzańska.

Pierwsza pokursowa jaskinia bez Nockowego składu.

Chyba tego potrzebowałem – celu, który wyznaczam dla samego siebie, poziomu trudności dopasowanego do mnie, rozkładu godzinowego, który uwzględnia tylko moje potrzeby. No, PRAWIE tylko moje, bo wybraliśmy się w dół z Ajaxem.

Przygotowania do wyprawy rozpoczęły się dobre dwa dni wcześniej: nie chcąc spłoszyć Towarzyszki, nie podawałem dokładnej lokalizacji w którą się udajemy. Może to romantyzm (że niby takie zaskoczenie, spontaniczność znaczy się), a może obawa, że Ajax po zapoznaniu się z informacjami na temat dziury stwierdzi coś w stylu: „jedyna dziura, o której może być mowa, to ta w którą powinieneś sobie wsadzić ten pomysł”.
…tak. W sumie wszystko było przygotowywane w tajemnicy.

Z grotą był jeden poważny problem: nie mogłem znaleźć szkicu technicznego. Z planami większego problemu nie było, za to szkice jakby gdzieś wsiąknęły. Nijak nie byłem w stanie oszacować ilości niezbędnych lin, w materiałach nie było także informacji na temat warunków w środku. Zupełnie, jakby w dziurze działo się coś, czego ludzie nie chcą opisywać.

Ruszyliśmy.
Po dotarciu pod skraj lasu, zostawiamy samochód na parkingu pilnowanym przez babulinkę równie starą co i sympatyczną. No i spieszącą się już do domu, bo serial zaraz leci.

Zabieramy sprzęt, ruszamy przed siebie.

Dobrze było wrócić z Tatr. Tak, tęsknię za kilkugodzinnymi podejściami, za przeklinaniem na wzniesienia, ale jednocześnie straszną przyjemność sprawiał spacer przez zalesiony szlak przy którym leżała jaskinia. Tym bardziej, że finalnie nie braliśmy lin – wziąłem na siebie ryzyko pójścia na lekko. W razie czego wyplączemy z butów repy i pójdziemy na wariata. Ciszewski i Petzl będą dumni. Instruktorzy mniej.

Dojście pod otwór jaskini przebiegło prawie bez problemów. Chyba powoli człowiek się nauczył wypatrywania ledwie wydeptanych ścieżek wijących się przez las. Praktycznie pod samym wejściem odnajdujemy chatkę przywodzącą na myśl domek Baby Jagi. W sumie zawartość domku niewiele odbiega od tego, o czym mówiła bajka. Idziemy załatwić wszystkie formalności, tzn m.in. przywitać się i sprawdzić, czy dziwny, prastary swąd przywodzący na myśl jakieś barbarzyńskie praktyki związane z gotowaniem zdechłych kotów, to faktycznie efekt uboczny odprawianych rytuałów. Na szczęście to tylko zapach wysokiej klasy tytoniu palonego przez Panią Gospodarz.

Oddalamy się od domku, nim od dobywających się ze środka oparów zaczniemy przeżywać jakieś mistyczne projekcje. Kilka chwil później dołącza do nas trzeci uczestnik wyprawy. Możemy ruszać w stronę otworu.

Pierwszy szok: wiem, że przy otworach zdarza się większa ilość Sieciarzy, ale tym razem to co Matka Natura nam sprezentowała, przekracza ludzkie pojęcie. Na szerokości 1.5 metra rozciąga się gigantyczna pajęczyna mocna niczym stal. Konstrukcja sięga wysoko ponad dwa metry. Jakimś magicznym sposobem nasz towarzysz pomaga nam pokonać przeszkodę bez zaplątania się w nici, ruszamy w dół jaskini.

Korytarz Główny delikatnie sygnalizuje, co nas czeka. Ewidentnie, krasowa jaskinia rzuca nam przed oczy to, za czym tęskniłem w Tatrach: szatę naciekową. Mógłbym godzinami stać przed dowodem cierpliwości wody, węgla i tych dziwnych znaczków i cyferek, co mają coś wspólnego z wapniem, a o czym Asia na wykładach wspominała. No, że tam się coś odkłada, paruje i rośnie kamień. Taki jak nerkowy, tylko nie w nerce, a w jaskini. Mniejsza z tym…

Przechodzimy przez Salę Kutego Łba i na rozstajach dróg decydujemy się na północny korytarz. Idąc przez Schron Niewiasty, bez mała muszę zbierać szczękę z podłogi. Mógłbym tulić się do tych ścian, chciałbym sunąć palcami po każdym makaronie, wchodzić w każdą możliwą dziurę, tarzać się w tej jaskini. Jest piękna. Poganiany przez Towarzyszy ruszam do przodu – przed nami wielki finał.

Trafiamy do sali Dziś Boli Mnie Głowa. Uśmiecham się. Kiedyś mogłaby zrobić wrażenie. Fakt, jest spora, fakt, na ścianach i suficie rozkwita całkiem przyjemna szata naciekowa, ale przestrzeń… Nie, to już nie jest przestrzeń. Po prostu trochę więcej miejsca. Da się wyprostować i na upartego trochę pobiegać.

Tyle.

Pora wracać. W drodze powrotnej idziemy alternatywnym przejściem – od południa mijamy Schron Niewiasty, przeciskamy się w stronę Sali Kutego Łba i nie wiedzieć kiedy wychodzimy na światło słoneczne.

Dziwnie. Bardzo dziwnie.
I bardzo szczęśliwie.
Suszę zęby do Ajaxa. Nasza pierwsza wspólna dziura.

 

 

Share