Kurs Taternictwa Jaskiniowego. Zrobiło się smutno.

Wieczór.

Jeszcze tylko klucze zabrać, jeszcze tylko sprawdzić, czy Cicior Pogromca na pewno siedzi pod komodą, no i jeszcze bluzę cieplejszą na grzbiet zarzucić. Odwracam się w stronę krzesła – mój wzrok po drodze zaczepia o jedną z ostatnich stron zawierających wydrukowane zdjęcia Tatr. Topo w ten sposób się uczyłem. I inaczej też się uczyłem. I skutecznie.

No i po egzaminie. Wypadałoby to jakoś podsumować, czy coś…

Teoria zdana. Uczciwie, zapracowałem na to ciężką nauką i jestem z siebie cholernie dumny.

Poręczowanie zdane. Nie da się ukryć – tak nas katowali poręczowaniem podczas kursu, że tego kawałka nie dało się zawalić.

Ratownictwo (uwalnianie z shunta): bez problemów. Andrzej – Twój patent ze zrywaniem małpą shunta, został z dołu rozpoznany jako próba zerwania ręką shunta z moją małpą pod spodem. Ale my tam wiem swoje, przeprowadziłem wszystko sprawnie i szybko, za co m.in. Tobie dziękuję

Węzły: tu popełniłem błąd – na jednym z zadań jakoś sobie ubzdurałem węzeł nad zderzakami przy łączeniu w swisie.
Chyba zawsze za bardzo starałem się w terenie tak wyliczać liny, by łączyć je w punkcie, przez co nie obyłem się z sytuacją łączenia podczas dyndania. Zaowocowało to zbędnymi nerwami i kilkoma dość luźnymi wariacjami na temat łączenia lin. Chyba nawet udało mi się opracować nowy węzeł. Myślę, że odpowiednią nazwą będzie „poczwórny zderzakowy motyl z zagadkową cić-ósemką”. W skrócie: „ciciaty ósmotyl dyndającej zagłady”.

I tak stanąłem nad tym wydrukowanym zdjęciem i patrzyłem na nie i zrozumiałem, dotarło do mnie, że coś się skończyło. Że kolejny etap już prawie za mną.

Prawie.

Wspinaczka. Tak, wspinaczka.
Łażenie po jaskiniach to praca zespołowa i jako zespół ponosimy konsekwencje naszych wspólnych niedociągnięć. Mam do siebie wielki żal, że nie poszedłem jako poręczujący – będąc świeżo po szkoleniu, mógłbym lepiej rozwiązać postawione zadanie. Chociaż będąc uczciwym – muszę przyznać, że w związku z zastanymi warunkami, pewnie też miałbym problem z zaporęczowaniem ostatniego kawałka przy stanowisku.
I mam cholerny żal, że zabrakło wczoraj czasu, bym zrobił jeszcze raz drogę, tym razem jako prowadzący.

Tym oto sposobem zostaje mi do odbębnienia wizyta u Emka i wykazanie się umiejętnościami, które wyniosłem z jego szkolenia. Formalność 🙂 Tak więc, ten teges… Ania, szykujmy się na skały, zrobimy sobie dyndany piknik.
Będziesz miała przy okazji możliwość podziwiania, jak ze zwinnością Baloo, pod czujnym okiem Emka zdobywam kolejny szczyt!

Trochę jestem rozczarowany. Miałem nadzieję, że uda mi się definitywnie zamknąć za sobą drzwi z tabliczką „kurs”. Tymczasem pozostała jeszcze jedna formalność. Może to i mała sprawa, ale zawsze coś-jeszcze-do-załatwienia.

Yh.

Zrobiło się smutno. Nie przez wspinaczkę.
Zrobiło się smutno, bo kurs się skończył.

Wspiąć się, zjechać i wylecieć z gniazda.

Tak.

Share