Pantin Petzl (kostkowiec) czyli człowiek rodzi się i umiera głupi.

Problem z wchodzenie do góry polega głównie na tym, że trzeba wchodzić  do góry. Jeszcze większy problem jest wtedy, gdy do góry idzie się po linie. A ostateczny dramat to sytuacja, w której lina sobie radośnie dynda w środku studni na długości 80 metrów, z jakąś jedną przepineczką po drodze.

Jakkolwiek by to komiczne nie było – ciągle coś przeszkadzało mi w sprawnym małpowaniu do góry: a to praktyki człowiek nie miał bo dopiero się uczył, a to łapy bolały albo już się zrastały, a to znów jakiś kilogram wziął i w organizmie zamieszkał… Cokolwiek by to nie było – efekt zawsze jest taki sam: zamiast sprawnie i z gracją tarabanić się do góry na linie, odstawiałem w trakcie wspinaczki coś pomiędzy tańcem na rurze, konwulsjami dżdżownicy, a torsjami żyrafy. No nie szło w górę, nie szło i tyle. Gdyby to jeszcze odbijało się tylko na mnie – pół biedy. Gorzej, że reszta zespołu musiała czekać, aż się wdrapałem do góry…

Któregoś pięknego dnia, Instruktor na ściance rzekł: „masz tu takie coś, to się pantin nazywa, zakładaj na prawicę i ciśnij do góry„. Założyłem toto, powpinałem się i… w ciągu ułamka sekundy znalazłem się pod sufitem. Co za sprzęt! Co za możliwości! Ja takie coś chcę!

…no i z czasem dostałem. Swojego własnego, pięknego, nieco sfatygowanego, ale w pełni sprawnego pantina. Rzuciłem się radośnie nań w którejś dziurwie, wskoczyłem na linę i… dramat. Wyskakuje toto, wypada, co nogą ruszę to wyłazi mi lina, więcej energii zacząłem wydatkować na to by kostkowiec trzymał linę, niż na wychodzenie bez niego. Dramat.
Sprzęt na prawie dwa miesiące trafił do kartonu czekając cierpliwie, aż będzie okazja wyjść na sznurki z jegomościem, który to na linach spędził ostatnie dziesięć lat, bezpieczny punkt potrafi założyć na stercie deseczek, patyczku i suchej trawie, a żując gumę – z nudów zaplata sobie na niej wnętrzem paszczy ósemki, skrajne tatrzańskie i motyle alpejskie.

Tym sposobem trafiłem pod most, gdzie sobie zawisłem. MasterGinger zerka od spodu na moje poczynania, starając się wyłapać gdzie robię błąd skutkujący wyskakiwaniem liny z kostkowca.

– Dobra, złaź – pada z ust MasterGingera – założysz sobie takie coś moje i zobaczymy czy to pomoże.

Mój pantin zostaje zdjęty z kopyta, w jego miejsce trafia inny patent. Coś jakby croll, ale nie croll. Też z takim dzyndzlem, ale wihajster w inną stronę. Wskakuję na linę, wpinam się – frrrrrrrrrrru! – idę do góry jak burza! Schodzę. Kostkowiec wraca na kopyto, dwa machnięcia nogą – znów wypada.

MasterGinger po dokładnym przeanalizowaniu tego co widział, wydaje wyrok:

– Ty masz starszego pantina. Nowy pantin może mieć zamek w drugą stronę, może też być z takim zamkiem jak w crollu. Weź tego się pozbądź i kup inny model – ten zawsze będzie Ci wypadał.

No i smuteczek. Jednym zdaniem MasterGinger skazał mnie na dwa tygodnie jedzenia samych ziemniaków. Bo to i uprząż kupić już trzeba, czołówka na serwisie, zaraz ubezpieczenie samochodu trzeba będzie opłacić… Taki smuteczek…
Dyndam na linie roniąc łzę o smaku bezsilności, gdy do mych uszu dobiega z dołu głos MasterGingera:

– Ty, a próbowałeś zablokować zamek karabinkiem? Bo wiesz, że tam jest dziura na karabinek i służy on do blokowania liny by nie wypadała?

Liczę na szybko: jestem na linie w połowie mostu, most ma z 12-15 metrów wysokości, więc gdybym miał cycki, to by mi opadły na ziemię z wysokości około 6.5 metra. Z głośnym plaskiem.

– Jak to… – dopytuję – tak jak w małpie, że jak wepnę karabol, to tam nie wyskoczy lina, a w pantinie karabol zblokuje zamek przed otwarciem?

– No tak! – olśniewa blaskiem wiedzy MasterGinger – ta dziura po coś tam jest.

Złażę na dół, wchodzę na linę wpinając się pantinem karabinkiem ozdobionym, odkopuję lewą racicą – lina nie wypada. Majt-majt-majt racicą – sznur nadal trzyma się dzielnie. Trzy małpnięcia w górę… No i o to chodziło… Robię jeszcze z dwa kursy góra-dół, sprzątamy liny, wracamy do domów.

Morał z tej historii jest jeden: jakkolwiek seksistowsko to nie zabrzmi, jak bardzo by było niepoprawne politycznie, wychowawczo, kulturalnie czy inne takie… widząc jakąkolwiek dziurę – należy w nią coś wsadzić.

Amen!

Share