Kurs Taternictwa Jaskiniowego: Jaskinia Miętusia

Sobotni poranek. Przeciskamy się w dół Ciasnym Korytarzykiem. W planie zejście, odwiedzenie Wielkich Kominów, zebranie lin pozostawionych przez poprzednią ekipę i wyciągnięcie ich na górę.
W korytarzyku ciasno i nie do końca przyjemnie. Jeszcze mniej fajnie będzie w momencie, gdy przyjdzie nam pchać ryjami w górę wory z linami.

wiesz, coś czuję, że to będzie jedna z jaskiń, przy wychodzeniu z których będę klął na kurs.

jaskinia-mietusia-24

Jaskinia Miętusia. 

Dla mnie odpowiedniejszą jej nazwą jest Mokra Świnia: tak mokry i uświniony nie byłem jeszcze nigdy. Mokry. Właśnie. Jaskinię Miętusią będę wspominał głównie jako miejsce, w którym przekonałem się, że o chłodzie i wilgoci do tej pory nic nie wiedziałem. Teoretycznie Jaskinia Kasprowa Niżnia dała okazję do kontaktu z większą ilością wody, jednak warunki w jakich ów kontakt następował sprawiają, że to Miętusia jest dla mnie wilgotniejszą dziurą. W końcu to właśnie w niej pierwszy raz miałem okazje przekonać się, jak wygląda upierdliwy jaskiniowy deszcz. I jak bardzo wychładza stanie w kolejce do wyjścia w momencie, gdy rześka woda rozkosznie leje się za kołnierz.

jaskinia-mietusia-14

jaskinia-mietusia-20

Wyprawa do Miętusiej zadziwiła mnie z trzech powodów:

  • dojście – zejście: nie wiem, czy to kwestia lepiej dopasowanego plecaka, czy optymalnie dobranych kijków, ale… Zacząłem traktować dojścia jak spacer. Może trochę przydługi, może z kilkoma kilogramami na garbie, ale co innego zrobić z tym ciężarem jak po prostu go wnieść i znieść? Pamiętam – w początkowym okresie kursu krzywiłem się na ciężar trzy minuty po założeniu plecaka. Dziś go zakładam i idę. Bo co innego można z nim zrobić?
  • wyjście z jaskini: tak, tak, tak, wiem, że o tym już było prawie przy każdej odwiedzanej dziurze, ale znów mnie przytkało. Nawet nie tyle zaklinowałem się, co nie mogłem znaleźć sposobu na przepchnięcie się do góry. Ciasny korytarzyk na wysokości 2go obejścia zafundował mi miejsce, w którym klatka piersiowa dopominała się więcej przestrzeni, niż jaskinia oferowała. Podobnie z dupskiem. Teoretycznie nie powinno być problemu, w końcu jeśli udało mi się ześlizgnąć w dół – powinienem też dać radę wytarabanić się do góry. No nie do końca: niezmiennie powraca problem długości kończyn – po prostu nie potrafię się zaprzeć mając do dyspozycji dziurę o prześwicie mniejszym, niż długość ud czy przedramion. Wiem, nic nowego nie napisałem, więc gdzie to zdziwienie? Nastąpiło ono, gdy zacząłem pełzać ramionami(???). Walcząc z niewygodnym miejscem, co chwilę dawałem sobie moment na uspokojenie łba, by nie zacząć się nerwowo rzucać tracąc siły. Trwało to wieki, ale wypełznąłem. Centymetr po centymetrze, do samej góry. Nie oszukujmy się, minęło kilka lat i ponad dwadzieścia kilogramów od momentu, gdy zacząłem schodzić w pierwsze dziury. Pora przyjąć do wiadomości, że sposób poruszania się siedemdziesięciokilogramowego szczypiora nie będzie dobry dla prawie stukilogramowego ucieleśnienia przeciwieństw słów „powab” i „zgrabność”.
  • Zdziwienie trzecie: z jaskini wyszedłem wymęczony, wygnieciony, ale niezdemolowany psychicznie. Po przytkaniu się w Rysiej byłem przez kilka dni emocjonalnym wrakiem. Tym razem wciągnąłem łyk wody, zagryzłem batonem i z sympatią stwierdziłem: fajna była.

jaskinia-mietusia-23

Jaskinia Miętusia z pewnością musi trafić na listę jaskiń do ponownego odwiedzenia. Ale to już po kursie – gdy nie trzeba będzie targać lin, gdy będę mógł powoli tuptać za kursantami swoim niezależnym tempem. Gdy będę miał czas na rozejrzenie się po jaskini, na zrobienie kilku zdjęć. Na pełniejsze docenienie tej Mokrej Świni. Chrum Chrum.

Share