Słowo moje

Od dłuższego czasu mam zgryz. Nieskończony niesmak odbijający się czymś mrocznym, prastarym, takim leżącym na dnie wątroby, skąpanym w sumie wszystkich strachów. Obaw. Czy innych potworków zbrojnych w tysiące kąsających szczęk. Temat wracał w najdziwniejszych momentach, jak sraczka po nieświeżym bigosie.

Bo tak się jakoś poskładało, że zaprzeczyłem sam sobie.

Zawsze przywiązywałem wielką wagę do wypowiadanych słów. Decydując się na jakąkolwiek deklarację, automatycznie zakładałem sam sobie na grzbiet kolejny temat, który donosiłem do celu. Nie dla osoby, której obietnicę składałem, ale dla siebie.

Być może wynikało to z potrzeby udowodnienia sobie samemu, że jestem człowiekiem, który wierzy w jakieś wartości. Być może niezbyt ważne dla otoczenia, ale najważniejsze dla mnie samego. Bez względu na ich rozmiar, wagę, czy to, jak bardzo są nieistotne w perspektywie absolutu. Po prostu tego potrzebowałem. Każdy człowiek potrzebuje jakiegoś rdzenia, kręgosłupa, jakiejś kotwicy? Punktu odniesienia, wokół którego tworzy swój świat.

Dla mnie czymś takim były i są wypowiadane przeze mnie słowa.

Wieki temu złożyłem obietnicę. Komuś. Bardzo ważną. Jedną z takich, wokół których ludzie budują swoje życie. Obietnicę wytyczającą bieg wydarzeń na następne lata. Tradycyjna paplanina, która być może dla niektórych nie ma znaczenia większego niż przedszkolna rymowanka, w ułamku sekundy przestawiła moje życie na inny tor.
Zobowiązałem się.

Minęły lata. Minęło wiele świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocnych, zjedzonych zostało wiele opłatków i wiele par spodni zbiegło się w praniu. Gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wydarzeniami, przestała się spełniać Obietnica. Nagle okazało się, że stoję sam pośrodku pustego pokoju, czując podchodzącą do gardła gulę świadomości: nie dotrzymałem słowa.
I stałem się nikim. Człowiekiem bez wartości. Istotą, która nie była uczciwa. Jestem nikim i nikim już będę do końca.
Bo skłamałem.

…no bo rozumie pan, jeśli pies już raz użarł, to użre i po raz kolejny.

I znów minęły kolejne święta, znów przeszła wiosna, później lato, dziś mam za oknem żółknące liście. I przeokrutną myśl gdzieś pod czaszką. Myśl, która od kilku dni nie daje mi spokoju.

…przecież ja jestem niewinny.

Nie złamałem danego słowa. Została mi odebrana możliwość dotrzymania obietnicy.
Nigdy nie myślałem, że rodząca się nadzieja, rodząca się radość potrafi tak bardzo boleć.

Przecież walczyłem. Do końca. I jeszcze i ciągle i nieustannie gdy nawet nie miałem szans na zwycięstwo, gdy już dawno przegrałem. Próbowałem łapać oddech nieświadom, że od dawna jestem zimny i leżę w trumnie. Zaraz obok od dawna martwego świata, niegdyś tworzonego wokół zlepku kilku słów.

Po prawej cola. W butli, takiej dużej, pękatej. Kawałek dalej Benek w słoiku rośnie, pochylając się nad kubkiem niedopitej mięty. A gdzieś obok tego ja. Wieki temu wyrzucony na brzeg z okrętu, który odpłynął w sobie tylko znanym kierunku. Zwolniony z danego słowa. Z obietnicy. Z przysięgi.
Bo jaki ma sens przysięga, jeśli druga strona ją odrzuca?

Na obiad miałem pizzę z Biedronki. Biedronka kłamie, bo na opakowaniu było napisane, że to porcja dla czterech osób. Dobre sobie. Śniadania, o ile dobrze pamiętam, nie zjadłem. Kolacji chyba też nie. No, może poza piwem, jeśli mam być szczery. Jakiś Okocim, jeśli mam być precyzyjny. I mam prawo jeszcze raz złożyć obietnicę, jeśli mam być szczęśliwy. Mam do tego prawo.

Nie złamałem danego słowa. 

Więc mam prawo mieć nadzieję, że kiedyś dane mi będzie złożyć Obietnicę.

Nie złamałem danego słowa.

Więc chcę się cieszyć z nadziei, że kiedyś dane mi będzie złożyć Obietnicę.

Nie złamałem danego słowa.

To dane słowo złamało mnie. I pokazało mi plecy odchodząc w stronę pierdol-się-to-już-dla-mnie-nic-nie-znaczy.

Nie złamałem danego słowa.

I nie złamię. I chciałbym móc to udowodnić. Od początku, do końca.
Takiego ze światełkiem na końcu tunelu.

Share