Jaskinia Pod Wantą – kurs taternictwa jaskiniowego.

No i Drodzy Państwo zrobił nam się wrzesień. Dzieciaki przestały od rana drzeć japy pod oknami i nadchodzi koniec upałów, więc teraz będziemy narzekać na zimno. Za trzy mrugnięcia okiem mamy Wszystkich Świętych, od których już tylko rzut karabinkiem do Bożego Narodzenia. I tak to się wszystko nieubłaganie toczy do przodu.

Ale są i dobre strony nieustannie zapierdzielającego czasu: wakacyjny marazm odchodzi w zapomnienie, zaraz zaczną się zajęcia na uczelni, oraz – co najważniejsze – mogę sobie pozwolić na delikatny optymizm w temacie prawego łokcia. Zabieg odbębniony, łapsko praktycznie pozrastane, nie pozostaje nic innego jak cieszyć się wracającą sprawnością ręki i powoli robić porządek w szpeju. Przecież tam zawsze coś się znajdzie do ułożenia na nowo, przeczyszczenia, czy dokupienia. Jeszcze tylko trzeba zrobić lewą rękę i znów będzie można pchać się w dziury, radośnie borując w ciasnocie jak dżdżownica w oborniku.

Ale to później. Jedyne, co dziś mogę robić, to zerkać w katalogi ze zdjęciami, na których zostało uwiecznione zejście do Jaskini Pod Wantą. To ona będzie bohaterką dzisiejszego wpisu.

Kurs Taternictwa Jaskiniowego: Jaskinia Pod Wantą.

To pierwsza z jaskiń, którą odwiedziliśmy w ramach kilkudniowego obozu. Była to ciekawa wyprawa z kilku względów: podejście i znalezienie jaskini zajęło nam nieprzyzwoicie dużo czasu, pierwszy raz poruszałem się z kijkami (o czym już wspominałem), zaś sam powrót w kompletnych ciemnościach pokazał kolejną, nieprzyjemną(?), nieznaną mi wcześniej stronę Tatr.

Nie zmienia to faktu, że samą dziurę wspominać będę bardzo ciepło. W miarę sprawnie udało nam się osiągnąć dno (-151m), po drodze zebrałem od instruktora kilka razy po uszach za zbyt długie brandzlowanie się z linami, bez większych problemów wdrapaliśmy się na zewnątrz, cały czas szlifując umiejętności odpowiednio poręczowania i deporęczowania.

jaskinia-pod-wanta-4

Wiem, że już o tym pisałem, ale niezmiennie jaskinie Tatr robią na mnie wielkie wrażenie ogromem przestrzeni w wewnątrz. Jeśli do tego dodajemy światło docierające z powierzchni w ich górnych partiach, można otrzymać obraz, którym ciężko się nie zachwycić.

jaskinia-pod-wanta-9

Trochę mi żal, że w Tatrach nie mam okazji spędzić w dziurach większej ilości czasu. Brakuje mi chwil, które mógłbym poświęcić na szukanie kadrów, obrazów wg mnie godnych utrwalenia. Obecnie kompletnie wszystko jest podporządkowane kursowemu planowi, co jest jak najbardziej zrozumiałe. Jeszcze przyjdzie czas na zwiedzanie z aparatem, a na chwilę obecną najważniejsze zadanie, to chłonąć instruktorską wiedzę jak gąbka, do upadłego bawić się sznurami i – co najważniejsze – nie zabić się podczas zjazdu w kolejną, ziejącą czernią paszczę.

jaskinia-pod-wanta-3jaskinia-pod-wanta-2
Jaskinia Pod Wantą – próbuję ją jakoś określić, jednoznacznie umiejscowić pośród pozostałych, odwiedzony przeze mnie jaskiń. Spora – to jasne. Niezbyt wymagająca technicznie, wręcz przyjemna. Jednak biorąc pod uwagę, co planowaliśmy odwiedzić w ramach obozu jako następną jaskinię, dla Pod Wantą najbardziej pasuje mi słowo „przystawka”. Kilka zaostrzających apetyt przepinek, sympatyczny Dzwon dający przedsmak wszystkiego, co najlepsze w Tatrach, a na koniec niewielkie dno będące kropką nad i. Aż chce się wołać „dejcie wincyj!”.

jaskinia-pod-wanta-7 jaskinia-pod-wanta-5

Najważniejszy moment-obraz z wyprawy do Jaskini Pod Wantą?

Późne popołudnie. Kolejno wychodzimy z jaskini. Zrzucić kombinezon, woda, żarcie, pysk w stronę powoli zachodzącego słońca. Z dziury dobywa się pobrzękiwanie szpeju następnej wychodzącej osoby. Gdzieś w dole biegają kozicie, niedźwiedzie, czy tam inne tatrzańskie kapibary. Poza tym cisza. Żadnych głosów, cywilizacyjnego jazgotu. Można przez moment wykorzystać zbocze jak wielki leżak i rozkosznie rozprostować kościec. Cholernie za tym zaczynam tęsknić.

…i zdecydowanie nie lubię pisać o dziurach dłuższy czas po ich odwiedzeniu. Śmierdzi wszystko jednakowymi, bez mała bitymi z matrycy wspominkowymi opowiastkami dziadka Eugeniusza. Z jednej strony miło pisać uśmiechając się do fot, lecz z drugiej – bardzo mi brakuje emocji, które utrzymują się w człeku jeszcze przez kilka dni po wyjściu z dziury. Niby wszystko jest smaczne, ale jednak odrobinę zwietrzałe.
Tak, zdecydowanie.

Share