Kleks

Słońce w Tatrach smakuje trochę inaczej. Tak samo, jak piwo z kufla w knajpie smakuje lepiej, niż sączone z puszki w domu. Niby to samo, a jednak wszystko inaczej.

Poniedziałkowy wieczór. Po prawej puszka, kawałek dalej szkic techniczny Jaskini Pod Wantą. Taki fajny, bo znoszony, trochę umazany w ziemi, trochę pozaginany. Taki pojaskiniowy. Takie pachną najlepiej.
Obok szkicu kwiatek mieszkający w słoiku. Bo po doniczki jakoś nie było po drodze. Z lewej jeszcze telefon.
Ot, taki szkic sytuacyjny.

Zbyt wielu rzeczy nauczyłem się na obozie. Za dużo informacji trafiło mi do łba. Danych o górach, o jaskiniach, o sobie. Czasami nie jestem w stanie przyswoić ogromu informacji, który spada na barki. Szczególnie tych o mnie samym. Siedzę i rozpamiętuję, analizuję, oszukuję się godzina po godzinie próbując jakoś ułożyć we łbie świadomość, że kwestia wycofania się z jaskini nie była przejawem braku jaj, a dowodem na posiadanie wielkich worów godnych samego walenia błękitnego.

Tia, musiałem uciec. Dane mi było tylko powąchać tyłek Wielkiej Litworowej. Wejść tak ciut ciut w dupkę, na głębokość ledwie kilkunastu metrów. Już podczas pierwszej wpinki, łapa odmówiła posłuszeństwa. Po prostu nie było sensu pchać się w dół. Bardzo chciałem tam wejść, ale równie mocno chciałem później bezpiecznie stamtąd wyjść.
Z wielkich planów i nadziei, zostały mi mapa i szkic. Takie białe, nawet odrobiny brudu na nich nie mam. Tego dobrego brudu. Tego spod ziemi.

Poniedziałek. Powrót do pracy. Z egzystencjalnym bólem dupy, z rwącym bólem łapy. Zupełnie, jakby mi ktoś zaaplikował pod skórę sałatkę z tłuczonego szkła i gwoździ. Wiem, że jeszcze 1.5 tygodnia i obudzę się lżejszy o jakieś wycięte dziadostwo, wiem, że po kolejnym miesiącu będę mógł myśleć o wspinaczce, jaskiniach, ale… Ale teraz jest teraz. Takie mroczne, lepkie, zapocone teraz, z którym najlepiej zakopać się w piwnicy by nie narażać świata na swe wielkie-nieznaczące męki życiowe.
Na szczęście są racuchy z jabłkami i Nutellą. I maślanką. I piwem. Pewnie będzie za chwilę do tego sraczka.

Jaskinia Pod Wantą – o niej innym razem. Była piękna, przyjemna, wymagająca w sposób, który lubię. Wyrwałem z niej kilka zdjęć, kilka niezwykle przyjemnych momentów. Lecz to nie dzień, by o Niej pisać. Opowieść o tej dziurze skażona moim syndromem srającego kota, byłaby równie nieprzyjemna, co kaszlnięcie po zeżarciu kilograma śliwek. Zostawmy dzisiaj Jaskinię Pod Wantą.

Zostawmy też szkolenie TPN. I te dwadzieścia metrów Wielkiej Litworowej.
Bo coś się zmieniło. 

Nienawidzę Tatr. Powtarzam to w nieskończoność. Te góry budzą we mnie stado skrajnych emocji: od zachwytu na szczycie, przez przerażenie podczas zejścia z plecakiem wypchanym sprzętem, po nienawiść w trakcie podejścia do otworu. Tyle, że teraz dwa patyki uporządkowały to wszystko.

Brzmi idiotycznie, wiem.
Dostałem na czas wyjazdu kijki. Trzy minuty szkolenia dzień przed wyjazdem nie wniosły nic do sposobu, jakim poruszałem się na szlaku. Musiałem po prostu sam dojść do tego w jaki sposób pracować badylami, by jakkolwiek poczuć różnicę w stawianiu kroku za krokiem.
Niby idiotyzm, ale dwa kijki sprawiły, że poczułem się na podejściu… wygodniej. Latające na boki kolana przestały stanowić problem, a rozłożenie ciężaru na cztery punkty oparcia pozwoliło zaoszczędzić masę energii.
I gdy było już fajnie, gdy się wydawało, że nic negatywnego mnie już nie zaskoczy – musiałem wracać z Litworowej. Bez lin, z okrojoną racją wody, obrany z części kilogramów wgniatających w ziemię.
I nagle zrobiło się fajnie.

Tak po prostu, ot. Bez gonitwy za dziurą kryjącą się gdzieś w krzakach, bez popędzającego harmonogramu zejścia/wyjścia. Nagle najzwyczajniej w świecie ruszyłem przed siebie. Pysk w niebieski szlak i wio do końca. Do samochodu. Do zachwytu.

W dwie i pół godziny byłem na parkingu. Siadłem na dupsku dopijając izotonika. Gdzieś za mną, w górze, reszta ekipy była pod koniec drogi na dno jaskini. Nie wiedziałem, czy po wyjściu dadzą radę przerzucić sprzęt – w końcu mają jedną osobę mniej do noszenia. I nie stanowiło w tym momencie problemu, bym za kilka godzin wrócił do nich z pustym plecakiem pomóc ogarniać zabawki. Znieść je, przenieść, cokolwiek. Chciałem być jakkolwiek przydatny – w końcu nogi i plecy działały, chciałem jeszcze jakoś pomóc, chciałem wrócić na górę.
Nadal chcę tam wrócić.

Poniedziałek. Noc. Kończy się piwo.
Ze sraczki chyba nic nie będzie.

Z prawej, trochę za plecami leży mapa Tatr. Gdyby tak na nią zerknąć, to dałoby radę wydumać takie fajne przejście zaczepiające o okolice dziur. Tak ot, żeby na przyszłość łatwiej do nich trafić. Bo rozpaczliwie wierzę w to, że szybko będę w stanie wgryźć się zębami w ścianę, wpiąć sprzęt w stanowisko i znów zjechać na dół.

20150808_100248

I marzą mi się wygodniejsze, stabilniejsze buty. I aparat. Taki, który trochę sprawniej wykradnie Tatrom kilka zdjęć.

Share