Jaskinia Marmurowa – dojście, czyli nienawidzę Tatr.

21 lipca 2015 roku. To oznacza z grubsza tyle, że minęła ponad połowa wakacji. Czyli sezonu urlopowego, wypoczynkowego. O ile ma ktoś szczęście.
Oznacza to także, że za moment minie także i sierpień. I znów obudzimy się któregoś dnia, a za oknem zamiast zieleni – będzie można dostrzec jedynie resztki brązu i wszechobecną szarówkę. I trzeba będzie uciekać przed zimnem i szukać schronienia. To w mieszkaniu, to w knajpie, to pod ziemią.

Za szybko leci ten czas. Przez moment wydawało mi się, że świat stanął w miejscu. Kilka chwil później, Wszechrzecz pchnięta do przodu przez pęk warkoczy wkręconych w mikser, nabrała jakiejś szalonej prędkości. I toczy się wszystko i pędzi i cwałuje. Aż momentami może się wydawać, że to wszystko tak jakby trochę wymyka się spod kontroli.

Coraz dalej, coraz szybciej, na coraz węższym szlaku z coraz mniejszym poboczem, na którym można znaleźć chwilę oddechu.
Podoba mi się to.

*****

Ostatnie dwa dni zastanawiałem się, jakim sposobem dałem się wpakować w kurs. Dlaczego nie zaświtało mi we łbie jak bardzo niekompatybilny jestem z wszystkim, co wiąże się ze zdobyciem Karty Taternika Jaskiniowego. Przecież ja nie lubię gór. Nie widzę sensu we włażeniu gdzieś przez cztery godziny jedynie po to, by po chwili znów złazić. To wszystko co wiąże się z górami, jest wbrew zdrowemu rozsądkowi, instynktowi, to szukanie na siłę urazów, niebezpieczeństw, zagrożenia w takiej formie, jaka mi kompletnie nie odpowiada. Już wolałbym posiedzieć w domu zabijając czas graniem w WOT, niż cisnąć pod górę mając na plecach ponad dwadzieścia kilogramów.

Pokonując kolejne metry dwa dni temu, zrozumiałem, jaką rolę mają góry w moim życiu. Ni mniej, ni więcej, tylko stoją mi na drodze do jaskiń. Nie są dla mnie wartością samą w sobie. Obcowanie z nimi jest mi zupełnie obojętne. Ładne widoczki można sobie pooglądać siedząc w wygodnym fotelu przed 50calowym telewizorem. Z puszką piwa w ręce i świadomością, że potknięcie się w mieszkaniu grozi co najwyżej obitym pyskiem. No dobra. Może i złamaną ręką. Ale nie lotem kilkadziesiąt metrów w dół.

Tfu!

Sobota. Cel: Jaskinia Marmurowa. Gdzieś nad Małą Świstówką zostałem na moment w tyle. Chciałem zrobić kilka zdjęć. Przystanąłem.

2015-07-19-491

Nigdy nie mogłem sobie wyobrazić, jak wygląda lawina zabierająca człowieka. Jak to jest możliwe, by połać śniegu miała na tyle miejsca, siły, możliwości, by zsunąć się gdzieś w dół zabierając ze sobą wszystko, na co natrafi.
W sobotę gdy tam stałem, miałem przed sobą wielką, zieloną połać. Gdzieś po lewej, kilkanaście metrów od ścieżki była granica życia. Zsunąwszy się tam – nie miałbym już szans na przeżycie. Bezmiar zieleni rozciągający się nad urwiskiem, tym razem wyglądał prawie przyjaźnie. Na pewno niewinnie. Ale w głowie mi się nie mieści, w jaki sposób miałbym przejść po nim zimą. Rzut kamieniem od lotu w kierunku wiecznej zimy, zastraszany od prawej widmem zsuwającego się śniegu, rozrywany od środka strachem przed postawieniem kolejnego kroku.
Nie jestem pewien, czy byłbym w stanie przejść ten odcinek.
Nie, nie, nie.

Tfu.

Przyspieszyłem kroku. Dogoniłem zespół, kontynuowaliśmy marsz w stronę otworu. Nigdy wcześniej nie stawiałem tak uważnie każdego kroku. Bałem się potknąć. Bałem się wiatru. Utraty równowagi. Czknięcia, kichnięcia, machnięcia ręką. Bo przecież po lewej, 30 cm od buta jest koniec pierwszej półki i można spaść w dół, może nie za daleko, bo ledwie z 3 metry, ale niżej jest pochyło i tam bym nie wyhamował, a później nie ma już nic i poczułem się tak cholernie mały i bezbronny. Stałem z plecakiem na jednym z pryszczatych skrajów wielkiego masywu utworzonego wieki temu przez lodowiec. Ja, nie mający prawa mierzyć się skalą z tym kolosem, ja, znaczący mniej, niż jeden podmuch wiatru, wdrapałem się na górę z plecakiem pełnym sprzętu. I stoję bezczelnie rozglądając się dookoła. I jakby to miało być niewystarczającym nietaktem z mojej strony, za moment wydrę tej górze kolejne centymetry pchając się tam, gdzie nikt normalny wchodzić nie powinien. Gdzie przełamię kolejną granicę, poza którą już nie ma różnicy czy spada się z pięciu metrów, czy z trzydziestu. A to wszystko po to, by zejść ponad 120 000 milimetrów w dół do mikroskopijnej salki pełnej piachu.

I stoję. Oto ja. Mający u stóp świat rozciągający się gdzieś w dole. Ja. Niczym pchła, która przeszła po grzbiecie lwa od czubka lwiego nosa po sam odbyt. I to nie jest moje ostatnie słowo.

Przy wejściu do jaskini zrzucam plecak. Wchodzę jeszcze kilka metrów wyżej, rozglądam się.

2015-07-19-515

Rety, jak tu pięknie.

Bezsilność z nadmiaru piękna. 

(cdn.)

Share