Kurs Taternictwa Jaskiniowego: Biblioteka.

No i udało się dotrzeć do momentu, w którym psychika powiedziała: „dosyć!”.
Bardzo ciekawe doświadczenie, bardzo…

…bo w jaskini problemów nie mam. Spokojnie mogę operować na linach, poręczować, przepinać. Natomiast w momencie, gdy znika otulająca mnie z każdej strony masa ziemi, nagle robi się jakoś mnie bezpiecznie. Przestrzeń, której tak bardzo szukam w jaskini, na powierzchni jest dostępna bez ograniczeń. I nagle jakby się okazywało, że jestem w tej przestrzeni bezbronny. Bo zostałem wystawiony na dużo wszystkiego i nie siedzę już w bezpiecznej dziurce.
Nie potrafię jeszcze tego rozgryźć, nawet wstępnie ogarnąć. Wiem tylko jedno: nie pamiętam kiedy ostatnio prowadziłem ze sobą tak długą walkę przed przerzuceniem dupska przez krawędź.
Ale… Gdy to już się udało… Łał.

DSC01691Zaskakująco wielu okryć można dokonać wisząc kilkanaście metrów nad ziemią. Nagle staje się jasne, że lina która sięga do ziemi i leży na niej, jest bezpieczniejsza, niż lina kończąca się 10 metrów nad ziemią. I nie ma znaczenia fakt, że w obu przypadkach identycznie walnąłbym o glebę w momencie popełnienie błędu. Bo lina tykająca ziemi jest bezpieczniejsza i już. I nawet supełek na tej dyndającej końcówką w powietrzu nie pomaga. O.

Niesamowita jest także blokada powstająca w głowie, gdy trzeba rozbujać się na na linie założonej w jednym punkcie. Teoretycznie mamy połączenie z punktem, jednocześnie jest zachowana ciągłość poręczowania przez zaplecenie z poprzednią liną, a jednak coś jest nie tak. Kompletnie bezpodstawnie mózg stwierdza: nie, kołysać się nie będziemy i guzik mnie obchodzi, że trzeba rozbujać się, by można było capnąć tamtą krawędź po lewej i puścić z niej odciąg.

Nie pamiętam już dokładnie ile było takich momentów, chwil, w których mózg buntował się, stawał okoniem, a instynkt wrzeszczał: „no chyba k*wa nie!”. Jedyne czego jestem pewien, to niesamowitego napięcia emocjonalnego, z którym mogła równać się jedynie radość z pokonywania kolejnej drogi.
Jasny gwint, jak mi się to podoba!

DSC01694 DSC01714mDSCN2587

Z pewnością muszę jeszcze nauczyć się ufania stanowiskom. A szczególnie tym bazującym na czymś, co nie jest obite, zabetonowane, zaklejone, przyspawane i zabezpieczone tajnym zaklęciem niezniszczalności. Tyrolka oparta o naturalne punkty przyprawiała mnie o dreszcze. Problem z nią związany nie polegał nawet na tym, że zamiast latać sobie na bloczku – pełznęliśmy wpięci karabinkami. Istotą problemu był fakt, że całość opierała się z jednej strony na dziurach w skale wydmuchanych przez wiatr i piaseczek. A do tego lina była tylko jedna. No jak to. Jedna?! Przecież każdy wie, że na pewno akurat w tym momencie skała rozpadnie się w pył i puszczą mocowania, na linie wyląduje dzięcioł który ją przedziobie, a skalne termity z maleńkimi brzeszczotami już czają się przy karabinkach, by je poprzecinać. Więc druga lina jest niezbędna, konieczna i nie ma co marzyć, że wlezę na ten cienki sznurek i przetargam po nim swoimi karabolami. Nie i kropka.

DSC01735

No dobra, przecież wiemy, że i tak w końcu bym wlazł.

To był diabelnie dobry dzień. Pomimo tych trudniejszych momentów. Ogrom wiedzy, praktyki które udało się zdobyć, jest nie do ocenienia. Jestem diabelnie ciekaw najbliższego wyjazdu w dziury. Szczególnie tego, na ile ten bibliotekarski dzień zmodyfikował moją technikę, nawyki, umiejętności.

DSC01741Środa wieczór. Przeglądam po raz kolejny zdjęcia próbując wyłapać jakieś błędy, wątpliwości. Porównuję swoje drogi z trasami współkursantów, analizuję ułożenie sprzętu, lin i… jedna rzecz rzuca mi się w oczy:  przyrównując siebie do pozostałych członków grupy, którzy swobodnie i z gracją poruszają się na ścianach, linach, ja ewidentnie wyglądam jak stonka ziemniaczana próbująca się wdrapać na śliskiego od rosy ogórka. Zwiewność moich ruchów, subtelność póz przywodzi na myśl coś pomiędzy Jelczem na wertepach, a Blobem – zabójcą z kosmosu przyklejonym do ściany.

Tia. Baletnica skalna to ze mnie nigdy nie będzie.

Share