Kurs Taternictwa Jaskiniowego – Jaskinia Wielkanocna

I zaczął się kurs… Liny trzeszczą jak oszalałe, rolki grzeją się niczym podpite gimnazjalistki pod remizą, praca wre. Wykład po wykładzie, nowe, szokujące informacje wchodzą do łba sprawiając, że być może uda mi się nie zabić tam, gdzie słońce nie dochodzi. Jest fajnie.
Żeby jeszcze tylko łokcie nie przypominały o sobie – byłoby idealnie.

A póki co, tydzień po tygodniu odhaczam kolejne krzyżyki na liście tematów, wściekam się, że nie pamiętam o liście węzłów, którą miałem powtórzyć i czekam. Niezmiennie czekam na zjazd w miejsce, którego pokonanie nie przypomina wpełznięcia pod tapczan.

Na chwilę obecną, udało nam się zaliczyć tylko jeden otworek. Plany były zacne: Jaskinia Olsztyńska. Fajnie byłoby wrócić tam, gdzie już byłem, po 2ch(?) latach zerknąć na dziurwę z innej perspektywy. Ale nie. Los przewrotny skierował nas w stronę Piętrowej Szczeliny, która też jakimś magicznym sposobem odpadła. Tym razem dojazd w okolicy otworu był zablokowany w związku z wyścigiem kolarskim. Gdyby do tego doszła sraczka, palpitacje i swędzące pypcie na języku, to już byłbym w stanie obstawiać, że ktoś rzucił na nas klątwę.

Koniec końców wylądowaliśmy w Jaskini Wielkanocnej. Dziura równie pasjonująca, co Jaskinia Cabanowa… Sytuację ratował fakt, że wejście wymagało chwili pracy na sznurku, była więc okazja do założenia uprzęży i zabłyśnięcia nabytą wiedzą. Oczywiście pierwsze co – dałem ciała w temacie zrywania shunta. No nie lubię, nie potrafię, myślenie mi się wyłącza, zrywanie shunta jest a-fe i jest głupie i ma wszy na mózgu.

jaskinia-wielkanocna-07

jaskinia-wielkanocna-02

Jaskinia Wielkanocna… 5 metrów pionowo w dół, kilka kolejnych centymetrów delikatnego pochyłu, na dnie mała salka przy wejściu i sympatyczna kiszka do poudawania radosnej dżdżownicy.

jaskinia-wielkanocna-12 jaskinia-wielkanocna-13

Tak naprawdę cała zabawa zaczynała się w chwili, gdy trzeba było przejść do największej salki: kawałeczek ciaśniejszego miejsca, które faktycznie zaskoczyło czymś nowym, niepokojącym, niosącym zagrożenie. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć, jak wygląda niestabilny grunt, który tylko czeka, by zasypać wejście, wpakować się do oczu, uszu i wszelkich innych otworów ciała.
Do tej pory wydawało mi się, że zagrożenie pochodzi z tych wielkich, wiszących w górze want, mogących wycisnąć człowieka jak czekotubkę. No, ewentualnie odrobinę mniejszych kamulców straszących pod stropem, idealnych do zadawania ran ciętych. A tu nagle niepozorna drobnica budzi równie duży niepokój. Ciekawe doświadczenie.

Co dalej? Kolejna salka, kilkumetrowa kiszka, więcej gadania niż czołgania. Ale gadania tego dobrego. Przy którym wskazówki w magiczny sposób trochę szybciej przesuwają się do przodu.

Dziwnie. Było odrobinie dziwnie. A w zasadzie inaczej, niż zwykle. Pomimo, że tak naprawdę przebiegliśmy przez tę dziurę, wszystko było jakieś spokojniejsze, niż wcześniejsze zejścia, te poza kursem taternictwa jaskiniowego. Może trochę odmiennie nastawiałem się na tę „akcję”, chcąc wynieść z niej nieco więcej, niż zaliczenie kolejnej jaskini z listy. A może w tym momencie chciałem chłonąć więcej i więcej wiedzy, informacji o tym, jak było kiedyś, czyli w czym tak naprawdę uczestniczymy.

jaskinia-wielkanocna-14 jaskinia-wielkanocna-05 jaskinia-wielkanocna-03W sumie sam do końca nie wiem, czy jestem rozczarowany faktem, że nie udało nam się odwiedzić większego obiektu. Zamiast dłuższego spaceru, zaliczyłem krótką przechadzkę. Ale dobre i to na początek. Przynajmniej miałem okazję sprawdzić inny układ świateł na kasku. I nadal jest do bani. Obawiam się, że tak czy inaczej czeka mnie targanie za sobą LEDowego halogenu z akumulatorem. W innym przypadku nie będzie mi dane jakkolwiek sensownie doświetlić czegokolwiek, poza czubkiem własnego nosa…2015-05-17-018 2015-05-17-019

No do bani z tym światłem, no…

Share