Marcowa kupa.

Marzec zapowiadał się wyśmienicie. Dwa weekendy z dużym potencjałem, przyzwoita pogoda, w planach kurs taternictwa jaskiniowego. Tia, zapowiadało się nieźle.

Zamiast tego, kombinezon trzeci tydzień kurzy się w szafie, baterii nie ma co ładować, nawet wszelkie treningi idą jakby na pół gwizdka. Zaczynam powoli się zastanawiać, czy wszelkie problemy ze zdrowiem wychodzące raz po raz, to klątwa, czy zbawienie?
Z jednej strony fajnie, że część dziadostwa mam okazję załatwić jeszcze w momencie, gdy nie mam sześciu dych na karku, jednak z drugiej szlag trafia człowieka, gdy nie może na treningu tradycyjnie, po staropolsku, strzelić kogoś łokciem w twarz, czy kulturalnie powykręcać przeciwnikowi łapska.
Wściec się idzie, powiadam. Wściec.

Zerkam na kalendarz. Rachuję. Kombinuję, jak dużo czasu stracę w tym sezonie na lizanie ran. Statystycznie rzecz biorąc, wyrobiłem już normy urazowe na cztery lata do przodu, może w końcu zacząłby się ten zdrowszy okres…

Tfu.

A w międzyczasie wstrząs. Przepotężny, wszechogarniający,

coma

Tak kiedyś ot, wpadł mi do głowy pomysł na prezent. Może trochę z nadzieją, że będę też mógł nico z niego uszczknąć. Nie uszczknąłem.
Nażarłem się, zostałem nakarmiony po granice do-porzygu, wyszedłem wypełniony, wypróżniony i jeszcze raz wypchany na nowo. Szok.

Pierwszy raz w życiu miałem okazję usłyszeć żywą muzyką. Taką, którą mogłem dotknąć. Nieograniczoną parametrami tandetnych słuchawek, niewykastrowaną ściętymi pasmami mp3.
Aż mi zaschło w ustach.

Zostałem zbombardowany większą ilością dźwięków, niż byłem w stanie unieść: słuchowo, intelektualnie, emocjonalnie. Coś, co miało być kolejnym koncertem z dodatkiem orkiestry symfonicznej, stało się koncertem symfonicznym z dodatkiem jakiejś tam kapeli, która powiedzmy, że nadawała całemu wydarzeniu ramy tematyczne.

Coma symfonicznie.

Do dziś, gdy na chwilę wrócę myślami do tego koncertu, czuję się maleńki. Przytłoczony. Niewiele znaczący wobec ogromu dźwięków, które tej nocy sunęły przez salę. Jak stado słoni, jak koliber, jak wrzask opon na asfalcie, jak szum strumyka na końcu świata. Jak ostatni oddech człowieka i jak pierwszy płacz dziecka.
Czułem się, niczym upośledzony umysłowo kornik, który po tym, jak całe życie żarł plastik, natrafił wreszcie na drewno.
Wow.

„Los cebula” symfonicznie stała się dla Comy tym, czym jest „Bohemian Rhapsody” dla Queen.
Wow.

Wow, wow, wow.

Może jeszcze trochę potrwa, zanim znów stanę na łokciach. Ale przynajmniej niech w tym czasie mój mózg się rozgrzewa. W końcu za pasem kolejne dwa starcia z tą inną częścią świata. Taką z marynarką zamiast kombinezonu i koszulą tam, gdzie zazwyczaj jest polar.

Share