Kopalnia gipsu Dzierżysław

Weź ponton, powiadali, będzie fajnie, powiadali. Popływamy w chodnikach, pozwiedzamy suche partie, kopalnia gipsu w Dzierżysławiu to takie ciekawe miejsce – mówili… Fakt, lokalizacja okazała się bardzo ciekawa, gipsu też trochę było, ale to o tyle jeśli chodzi o zgodność planów z rzeczywistym przebiegiem wyprawy. Bo jak pech, to pech!

Sobotni poranek, godzina szósta rano. Zamiast przewracać się na drugi bok, popierdując przez sen, zrywam się i ruszam na poszukiwanie kuchni. Tam gdzie kuchnia, tam kawa. Tam gdzie kawa – tam szansa na obudzenie mózgu, który jednoznacznie stwierdza, że nigdzie się nie wybiera, w zakresie jego zainteresowań jest jedynie ciepłe łóżko, a jedyna dziura, którą jest w stanie zaakceptować, to otwór w stercie pościeli, przez który da się oddychać.
Nic to, prysznic, kawa, powiedzmy, że nawet trochę zadziałało. Znaczy się – rozbudziło. Zaczynam działać…

W błękitnym do porzygu przedpokoju, leży interesująca mnie sterta: prawie rozpakowany sprzęt po wizycie w Jaskini Józefa. Jakoś nie było czasu i okazji żeby to wszystko do końca poprać, rozpakować, przeorganizować. Więc wygrzebuję kombinezon, który nadal pachnie Józefowym wylotem, namierzam szpej, obuwie, o, nawet kask się znalazł… No i termosy też są. Nadal z resztkami kawy.
Niczym saper rozbrajający bombę, z pełną ostrożnością otwieram nad zlewem termosy uważając, by coś nie wybuchło, nie wyleciały ze środka nietoperze, czy jakieś inne formy życia.
I w tym momencie następuje całkowite przebudzenie. Woń tygodniowych, kiszących się resztek kawy sprawia, że źrenice powiększają się do rozmiaru pięciozłotówek, mi siwieją kolejne trzy włosy, a przy okapie nad kuchenką zaczyna odłazić farba ze ściany. Resztki senności odchodzą w siną dal. Godzinę później jestem spakowany, gotów do drogi.

Przyznam się bez bicia – nie miałem czasu prześledzić historii kopalni gipsu w Dzierżysławiu. Wiedziałem tylko tyle, że jest nieczynna, ma coś wspólnego z gipsem i da się tam popływać. Szczęśliwie w ekipie mieliśmy m.in. człowieka doskonale obeznanego z historią tamtych terenów, więc w trakcie przerw była okazja do chłonięcia informacji, wiedzy i innych tym podobnych mających sprawiać wrażenie, że interesuje mnie cokolwiek poza możliwością uświnienia się w błocie.

Dojeżdżamy na miejsce. Pola, lasek, mokro, błotniście, będzie dobrze! Świecąc tyłkami zdobionymi w gustowne termo gacie i inne wynalazki, które do niedawana po prostu nazywało się kalesonami, przebieramy się w gustowne wdzianka. Zerkam na worek z pontonem – tak po prawdzie pożyczając go, nie miałem okazji dobrze mu się przyjrzeć. Mam nadzieję, że po napompowaniu nasz środek lokomocji nie okaże się różową, dmuchaną wyspą z wymalowanymi kaczuszkami na burcie. Gdybym czymś takim wjechał do szybu, to chyba nietoperze ze śmiechu poodpadałaby ze ścian…

Po krótkim przemarszu przez las, docieramy na miejsce. Radość przepełnia serce, ponton w worku kręci się z niecierpliwości, niech żyje dryfowanie w nieznane partie kopalni gipsu! Pchamy się pod ziemię, gdzie okazuje się, że…
…ale jak to? Jakim to prawem poziom wody jest na tyle wysoki, że lustro sięga pod sam sufit? To nie tak miało być!

kopalnia-gipsu-dzierzyslaw-DSC00940 kopalnia-gipsu-dzierzyslaw-DSC00944

Czyli nie popływamy… Trzeba poszukać jakichś innych atrakcji, w końcu kopalnia gipsu w Dzierżysławiu musi mieć jakieś dodatkowe dziurki! Zbieramy się i trochę rozczarowani ruszamy w stronę światła. Tam, na zewnątrz musi być jakiś inny otwór!

kopalnia-gipsu-dzierzyslaw-DSC00949

Lasy wokół kopalni gipsu to ciekawa rzecz. Niby ten lasek nie jest jakiś wybitnie rozległy, ale wystarczy chwila nieuwagi, by się w nim zgubić. I to tak na amen. Całość wygląda, jakby ktoś stworzył te zieleń używając ctrl+c i ctrl+v. Efektem tego kopiowania i wklejania, jest kompletny brak charakterystycznych punktów orientacyjnych. Oczywiście, że część osób w ekipie doskonale poruszała się po terenie, jednak w moim przypadku oddalenie się od grupy, od razu skutkowało zgubieniem się pośród drzew. I to gołych.
Wydaje mi się, że gdybym latem, gdy wszystko jest zielone, spróbował samodzielnie zrobić krok nie w tę stronę co trzeba, od razu bym przepadł, został pożarty przez szopy, niedźwiedzie, termity czy inne lisy które tam pomieszkują. I nie pomógłby kompas, gps, znaki dymne, ani nawet wytyczenie drogi powrotnej za pomocą stosów kamieni ułożonych w strzałki i opisanych „tam do wyjścia”.

Wracając do tematu: po zmianie lokalizacji, naszym oczom ukazuje się całkiem sympatyczny otwór.

kopalnia-gipsu-dzierzyslaw-DSC00907

To tu nurkowie mają zamiar zmoczyć swe gumienne wdzianka. Schodzimy w dół mając jeszcze nadzieję, że może tutaj ponton będzie miał jakieś zastosowanie, ale oczywiście i w tym miejscu wody jest zdecydowanie więcej, niż do szczęścia potrzeba.

kopalnia-gipsu-dzierzyslaw-DSC00910

Nurkowie zacierają ręce, a my – jako część dziurowo-lądowa – szukamy sobie innej lokalizacji.

Kilkanaście metrów dalej natrafiamy na coś, co wygląda jak przysypana dziura. Podobno wg wszelakich podań, legend, planów i map, mamy przed sobą otwór będący dojściem do kopalnianych chodników. Niech będzie! Z zapałem małych, błotnych psychopatów przymierzamy się do otworu, który jest wielkości… hm… No, może lis by się tam zmieścił. Wysmarowany wazeliną…

kopalnia-gipsu-dzierzyslaw-DSC00922

Wychodzi na to, że aby dziś zejsć gdziekolwie, trzeba będzie nieco połopatować… W czasie, gdy podwodna brać szykowała się do zejścia pod wodę, my bierzemy się za łopaty i zaczynamy borować w badziewiu, które zasypało nam upragnione wejście do chodników.

Tia, cztery lata studiów, cztery lata szkoły średniej, dziesiątki kursów i szkoleń, a koniec końców czas wolny spędzam na przerzucaniu łopatą nietoperzowych bobków. Nawet nie jestem pewien, czy nietoperzowych – póki co żadnego nie widziałem.

kopalnia-gipsu-dzierzyslaw-2015-02-14-1642

Weekendowa wyprawa trwa. Zalany chodnik został już po części spenetrowany, historyk w pełni szczęścia biega z mapami, odkrywcy szukają jakichś ruin, skamienielin czy innych zaspawanych mamutów, a my drugą godzinę odwalamy ziemię spod potencjalnego wejścia. Szarpiąc się z jakimś kamieniem, zaczynam się zastanawiać, czy pchanie się w takie atrakcje może być objawem stanu chorobowego. I czy da się to leczyć. I zastąpić jakimś innym hobby. Np… bo ja wiem… sklejaniem miniaturowych budynków z zapałek, albo robieniem na drutach… Nie, no, bez sensu. Z moim talentem przy zapałkach doszłoby do jakiejś eksplozji, a drut do dziergania wbiłbym sobie w oko. Chyba już lepiej, jeśli na nagrobku będzie zapis „zginął odkrywając nieodkryte”, niż „umarł bo zdetonował miniaturowy kościół”. Albo „zginął śmiercią tragiczną, wbijając sobie w oko drut”.

Mija (chyba) trzecia godzina. Udaje nam się częściowo odsłonić wejście. Odsłonić… to dużo powiedziane. Odgarnęliśmy na tyle ziemi, że można wsadzić czerep do środka i zerknąć, czy w środku poza zasuszonymi skunksami jest jakaś dalsza droga. Z dziury niby wieje, więc jest szansa na przejście…
Zbieram się w sobie, chwytam dodatkowe światło w dłoń i ruszam w nieznane. Teoretycznie mógłbym, a nawet powinienem wziąć ze sobą jakiś termos, kanapki, coś do badania składu powietrza, ale w praktyce nie ma to większego sensu, bo rozrośnięte ostatnimi czasu dupsko sprawia, że udaje mi się wślizgnąć ledwie półtora – dwa metry wgłąb otworu. A tam jakie widooooooooooook… ziemia, ziemia, jeszcze więcej ziemi. I patyki, żeby za nudno nie było…

kopalnia-gipsu-dzierzyslaw-2015-02-14-1647

Więc leżę sobie w tej dziurze kalkulując, czy da się tam głębiej wejść, przecisnąć, co może być za zakrętem, wyłażę, zmieniamy się, zezujemy w dziursko, ale jak nie patrzeć – dziś nie przejdziemy na drugą stronę. Lekko licząc, potrzebny byłby na rozkopanie tego weekend, pięciu chłopa, kilka namiotów i zgrzewek piwa. I duuuuuuuuuużo łopat. Albo koparka. Albo koparka i dynamit – bo nawet gdyby nic nie było ciekawego po drugiej stronie, to można by sobie coś wysadzić dla rozrywki.

kopalnia-gipsu-dzierzyslaw-2015-02-14-1649

Czas mija, pora przyznać się przed sobą samym, że nasza dzisiejsza wyprawa będzie dość… uboga w temacie borowania pod ziemią. Zbieramy powoli zabawki i ruszamy w stronę pozostałych ekip szalejących po okolicy. Oczywiście, w międzyczasie gubimy się. Dwa razy.

Kopalnia gipsu w Dzierżysławiu nie była tym razem dla nas łaskawa. Trzeba jednak przyznać, że sam teren jest interesujący. Gdzie nie rzucić okiem, tam jakieś studnie, dziurska, zapadliska co krok.

kopalnia-gipsu-dzierzyslaw-DSC00929 kopalnia-gipsu-dzierzyslaw-DSC00932 kopalnia-gipsu-dzierzyslaw-DSC00934

Latem przejście przez zarośnięty las, musi być równie niebezpieczne, co walka z emerytami o promocyjne, karpiowe filety w Lidlu. Zresztą nawet sami okoliczni mieszkańcy często wspominali, jak to komuś krowę do ziemi wessało, traktor się zapadł, czy obora obniżyła się o metr czy dwa. Ale  to wszystko wiadomości z czwartej ręki, więc głowy za te mrożące krew w żyłach historie nie dam…

Późne popołudnie. Zostawiamy za sobą kopalnię gipsu, zostawiamy za sobą Dzierżysław, ruszamy w stronę domów. Rozkoszne zmęczenie rozlewa się po plecach, brud pod pazurami dumnie wypina pierś, błoto z butów złośliwie wsiąka w tapicerkę. Zerkam na zegarek. Zostało jeszcze trochę dnia. To dobrze. Zdążę spokojnie siąść, napić się kawy i będzie można zabrać się za pranie kombinezonu, czyszczenie sprzętu… Albo nie. Może jednak nie dzisiaj. Wsunę to gdzieś pod spód czegokolwiek, całkowicie przez przypadek zapominając, że zabawki po ostatniej wyprawie nadal leżą uciorane w błocie. O tak, to jest dobry plan. A do tego – o ile dobrze pamiętam – w lodówce czeka na mnie puszka chłodnego, pożywnego piwa. Wieczór zapowiada się zacnie…

Rozsiadam się wygodniej w samochodzie, czując dziwne napięcie na twarzy. Coś jakby nawet mi zmarszczki się cofnęły, wyprostowały, czy coś tam. Zerkam na prędkościomierz.

– czy my jedziemy 200km/h?!?!?!?
– tak, przy dwustu jest blokada, więcej się nie da…

O cholera… Może kombinezonu dziś nie wypiorę, ale coś czuję, że zaraz będę musiał wyprać spodnie…

Share