Kierunek – Jaskinia Rysia

Czekam. Wyczekuję. Tuptam z nogi na nogę nie mogąc się doczekać kolejnego stanięcia nad jakimś dziurskiem wzywającym mnie swą wielką, czarną paszczą, by ją spenetrować. Nigdy bym wcześniej nie pomyślał, że tak bardzo będzie mi brakowało miejsc, które z założenia nie są dla mnie pisane. Tymczasem bezustannie wracam do zdjęć z poprzednich wyjazdów, wracam do map, książek, szukam.
I mam nadzieję. Liczę na to, że w ludziach znów narodzi się zapał, że będzie się chciało.

Patrzę dookoła – wszystko się rozlazło. Diabelnie żałuję, że nie byłem świadkiem wielkości ext, nie uczestniczyłem w wydarzeniach, o których wiem jedynie z opowieści. Nie mogłem dorastać, szkolić się w środowisku, które stworzyło prężnie działające skupisko ludzi połączonych wspólną pasją. Tia, pierdu pierdu, łza w oku, patos, chwila zadumy. Darujmy sobie.

Wiem, że wszyscy mają jeszcze w sobie potencjał, że chcą, ale czegoś brakuje. Spoiwa? Wspólnego mianownika? Kogoś, kto pociągnie ten cały bajzel?

Z jednej strony mam „a czy to ważne”, z drugiej „fajnie by było”. I nie ma tu złotego środka. Wychodzi na to, że trzeba się zdecydować: łapać temat za wory, organizować terminy, zejścia, sprzęt, albo siedzieć biernie i marudzić, że świat sam z siebie nie staje się lepszy.

A póki co można powoli szykować sprzęt. Naładować akumulatory. Pooglądać szpej, poprawić mocowania na kasku, setny raz sprawdzić, czy uprząż dobrze leży, a kombinezon nadal nie przetarł się tam, gdzie nie powinien. Jeszcze trzy tygodnie. Mniam. Jaskinia Rysia czeka.

Share