Śląscy Himalaiści

Stoliki z palet, siedzenia z palet, kawa z kubka. Wielka, gorąca, z dużą ilością mleka.

Przed pyskiem w oddali wielki ekran, przed ekranem Jegomość, bardziej łysy niż kudłaty, bardziej niski, niż wysoki, z czymś w środku Jegomościa, co delikatnie, acz jednoznacznie sygnalizuje, że… że Coś. Nie wiem jeszcze co.

Godzina dziewiętnasta, minut naście. Właśnie tych naście minut opóźnia się projekcja, która okazała się prelekcją. „Śląscy Himalaiści”. Ja i Himalaje, ja i góry, tego jeszcze nie było. Dla rozładowania atmosfery rzucam żartem na poziomie chodnika -360 ZKWK Guido.

Mija kilka minut. Zaczyna się pokaz, snuje się opowieść. Jegomość od „Czegoś w Jegomościu” siada przy komputerze, zakłada okulary, na ekran trafiają zdjęcia. Widoczki. Tu szczyt taki, tu szczyt sraki, a tam owaki, tu pierwsi wyznaczaliśmy tę drogę, tam było nas tylu, a tam tylu…
Na kolejnych zdjęciach pojawiają się kompletnie nieznane mi postacie. Gdzieś coś może obiło się o uszy, jakieś nazwisko było głośne, bo gdzieś doleciał, czy zleciał, dopadł czy odpadł, ale to nie jest ważne. Nie są ważne te góry, szczyty, bo uświadamiam sobie, że oglądam zdjęcia ludzi, przyjaciół(?), którzy wspólnie podejmowali próby dotarcia do wyznaczonych celów. Ich życie w obozie, ich wspinaczka, ich radości, ich… to wszystko, po co sam jeżdżę, uczestnicząc w swoich ‚życiowych wyprawach’ na skalę własnych możliwości.
Na ekran trafiają kolejne, radosne, spalone słońcem gęby. Z nim byliśmy na wyprawie rok temu, a rok później nie wrócił z wyprawy.

…co?!

…a to jest ostatnie, wykonane przez nas jego zdjęcie – podczas zejścia zginął na odcinku…

…co?!?!

…idąc tamtędy spotkaliśmy grupę Amerykanów. Wycofywali się dzień po tym, jak lawina zabiła dwóch ich towarzyszy. Na zdjęciu widoczny jest namiot, akurat nie dokładnie ten w którym spaliśmy, ale z takiego właśnie, rozłożonego już namiotu skorzystaliśmy dzięki ich uprzejmości…

…ale zaraz, jak, jakim sposobem? Człowieku, o czym Ty opowiadasz? Że.. tak, ot, tamci zginęli, Wy idziecie dalej? Lwia część ludzi ze zdjęć nie żyje, a Ty tak przechodzisz nad tym jakbyś czytał listę zakupów? I co to znaczy, że ta dwójka rozdzieliła się i każdy poszedł w swoją stronę? W górach? Inną drogą, która mogła być ostatnią? Sam? Kim Wy do licha jesteście? Co z Was za ludzie? Czy w ogóle jesteście jeszcze ludźmi?!

Godzina dwudziesta, minut czternaście. Prelekcja zakończona. We łbie dudnią mi słowa Majera, przed oczami nadal mam pokazywane zdjęcia. Nie wiem, nie rozumiem, nie ogarniam. W jaki sposób można iść mając świadomość, że być może nie uda się wrócić? Czy świadomość śmierci jest wpisana w ten sport? Gdzie tu jest granica zdrowego rozsądku? W jaki sposób można przełamać siebie w sobie, mijając co chwilę miejsca, gdzie mogłyby stać krzyże, palić się znicze, gdzie w ziemię mogłaby wsiąkać wiśniówka?

…Emil, to nie tak. Oni po prostu ruszając z założeniem, że wrócą. 

Nie wiem, sam nie wiem. Mało wiedziałem o górach, teraz wiem jeszcze mniej. O wszystkim. A najbardziej o ludziach.
Przez moment, wydawało mi się, że chodziło o pokonywanie własnych barier, słabości, o satysfakcję z dotarcia do celu drogą inną, niż wszyscy poprzednicy, ale… wszystko to jest poza granicą zdrowego rozsądku. Dzieje się to za blisko długiego, ciemnego tunelu ze światełkiem na końcu. A może właśnie o to chodzi?

Zapytałem siebie dziś rano, jak odebrałem wczorajszą prelekcję. I…
…nie wiem.

Share