Cztery krzesła i stół

Nie mogę się otrząsnąć po tym, jak wiele zostało mi pokazane za pomocą stołu i czterech krzeseł.

Ja, przeciętny zjadacz chleba, karmiony każdego dnia rozbuchanym w formie i jałowym w treści pokarmem lejącym się z ekranu, siadłem naprzeciw sceny uzbrojonej jedynie w cztery krzesła i stół. Szok. Nie zaskoczenie, szok, bo nigdy bym nie przypuszczał, że tak wiele światów można wykreować za pomocą pięciu mebli.

Siedziałem zanurzony w wydarzeniach na scenie i dziwiłem się bardzo: niesamowite, jak kompletny obraz wydarzeń płynął z tej ascetycznej formy spektaklu. Jak dużo rzeczy było przekazywane widzowi za pomocą jakże małej ilości środków. A wszystko, co było mi podsunięte przez aktorów, było kompletne, pozbawione niedociągnięć, czy niedomówień.

Jak się ma do tego kino nastawione na tanie efekciarstwo? Jak odnieść się do podawanych mi tworów, których fundamentem jest forma? Spektakl „Wszystko o…” udowodnił, że do przekazania komunikatu nie potrzeba milionowego budżetu, epickich eksplozji, czy hipnotyzującego silikonu podskakującego w rytm kroków.

Wieczór. Na ekranie ufolud przy akompaniamencie eksplozji stara się zdobyć władzę nad wszechświatem. Krew leje się strumieniami, ufoludzkie okręty wojenne pędzą po niebie, wszystko błyska, miga, widać, że spece od efektów specjalnych zdrowo się napracowali przy tej scenie. Ale co tam…

…ludzie od „Wszystko o…” dali by radę to zaprezentować za pomocą stołu. I trzech krzeseł.

Share