Spadanie do góry

Kompletnie nie rozumiem, dlaczego ludzie notorycznie podkładają sobie świnie, upiększając, uatrakcyjniając obraz czegoś, co zamiast być idyllą – okazuje się czymś pomiędzy bobrem zombie, a wycięciem migdałków. Bez znieczulenia. Przez odbyt.

Kilka ładnych lat temu, Najwspanialszy-Z-Bliźniaków zaproponował: pojedź ze mną w jaskinie, jadę tam z synem, taka lekka trasa rekreacyjną będzie. Myślałem wtedy – noooo… pewnie klimaty w stylu Jaskini Łokietka, czyli budy z piwem, hamburgery, rącze łanie brykające po kamyczkach, czemu nie!
Dotarło do mnie, że jest coś nie tak w momencie, gdy kilkanaście metrów od wyjścia z jaskini leżałem w dziurze pod skałą w pozycji niegodnej filozofa, starając się wypierdzieć, by móc w końcu przepchać bęben przez dziurę niewiele większą od średnicy mojego łba. Tak, to zdecydowanie nie była Jaskinia Łokietka, nie było piwa, hamburgerów, a zamiast rączych łań zerkających na mnie z uwielbieniem, było stado kudłatych pająków obserwujących mnie z dezaprobatą z sufitu.

Oczywiście, że człowiek jest głupi. Nauczony raz doświadczeniem, powinienem wiedzieć, że nie należy ludziom ufać. Mieć dystans do tego, co mówią. A najlepiej na wszelki wypadek podpiąć mówcę pod wariograf i wypytać o dokładne plany dotyczące „lekkiego i przyjemnego spacerku w górach”.

„No to zrobimy taką lekką trasę, maksymalnie 8 godzin na wejście i zejście”.

Oczywiście, że gdy podczas rozmowy pada słowo „Wisła”, człowiek automatycznie koduje sobie jakieś Czantorie, wyciągi, grzane piwo na szczycie i fajeczkę ku chwale zdrowego trybu życia. Tym bardziej, że prawidła matematyki jednoznacznie potwierdzają teorię rodzącą się we łbie: 8 godzin równa się godzina na piwku pod kolejką, pół godziny na wjazd i godzina na piwku po wjeździe, co daje dwie i pół godziny, później z półtorej godziny śmiercionośnej wspinaczki z przerwami na fajeczkę, co daje nam w sumie cztery godzinki. Na szczycie godzinka odpoczynku w smrodzie kiełby skwierczącej na grillu, piwko, fajeczka, a później tak jak do góry, tyle, że w dół i w odwrotnej kolejności. No jak w ryj strzelił – idealnie domyka się osiem godzin! Jadę!

Tia.

Stoimy w lesie. Coś mi ewidentnie nie gra. Nie ma wyciągu, nie ma bud z piwem, nawet nie ma sklepów. Ostatni symbol cywilizacji – obejsrany toi toi – minęliśmy dobrą godzinę temu. Dookoła coś jakby drzewa, przed nami wijąca się pomiędzy nimi ścieżka. Zdecydowanie NIE jesteśmy pod wyciągiem. A z tą Wisłą to musiało mi się coś przesłyszeć.

Wielki-P, najmądrzejszy z naszej trójki, a jednocześnie najważniejszy, bo jako jedyny ratownik medyczny w ekipie jest w stanie nieść skuteczną pomoc, wskazuje palcem jakąś ścieżkę sarnimi bobkami zdobioną i bezczelnie twierdzi z uśmiechem na podobiźnie:

– to jest ta DROGA, którą będziemy podążać do góry!

Droga? Jaka droga?! Droga to będzie akcja ratownicza, jak dostanę zawału w tych chaszczach i trzeba będzie mnie ewakuować helikopterem do cywilizacji!
Rozglądam się niepewnie. No niby faktycznie – na drzewach są jakieś białe i czerwone i zielone kleksy. Myślałem, że to jakaś płaska huba, a tu się okazuje, że te kleksy zgadzają się z kolorami z kreskami na mapie i w dodatku – jeśli dobrze pokombinować – to da się z nich zrobić takie kółko od samochodu, przez taki jakby cycek z cyferkami, później mniejszy cycek z mniejszymi cyferkami, później wokół tego zielonego i tak do samochodu…

– no to jest właśnie ta trasa którą zrobimy, wg mapy 8 godzin marszu! – dociera do mych uszu.

Więc my będziemy CHODZIĆ. O Jezu…

Ujmę to w ten sposób: ja rozumiem – świeże powietrze, widoczki, obcowanie z przyrodą, ale jak u licha można dobrowolnie cisnąć się w krzaczory, w których nie wiadomo, czy nie czyhają wilcy, niedźwiedzie i inne mordercze Yeti wysokogórskie! Przecież strach postawić stopę na ziemi, wszystko przypomina jakieś żmije czy inne pytongi, krzaki czepiają się ciuchów, gałęzie chcą wybić oczy i najgorsze – nie ma się gdzie wysikać! W stronę urwiska – bez sensu, być może w dole siedzi jakiś zboczuch z lornetą, nie będę kręcił śmigłem przed świrem; sik po ścianie – też kiepski pomysł – podmyję jakiegoś głaza, lawina zejdzie i co wtedy? Odkopią moje truchło spod błota za kilkaset lat i będą się zastanawiać, jakiego to dziwnego kultu wyznawcą byłem, że latałem z obnażonym pindolem po górach.

Grubo po osiemnastej. Mając przed sobą (lekko licząc) godzinę marszu, spełzamy w stronę dołu. Z tym dołem to też nie tak do końca, bo czasami idąc w dół góry, trzeba też iść pod górę. No ale czego można się spodziewać po rozrywce, w której odległość mierzy się zegarkiem.
W plecakach chlupoczą termosy z resztkami kawy, ostatnie kanapki leniwie obijają się po komorze, wokół nas ciemno jak w piwnicy u Fritzla. Zaczynam się zastanawiać, kogo zjemy jako pierwszego.

Nagle w blasku czołówek, gdzieś w rowie zaczyna pobłyskiwać nadzieja:

– o, patrzcie, chyba idziemy w dobrą stronę!
– dlaczego?
– bo dookoła leży coraz więcej puszek po piwie i zużytych kondomów..

I radość wlała się w serca nasze. „Patrz, kondom, uratowani, tu musi być jakaś cywilizacja!”

Share