Matki. Teatr Nowy w Zabrzu

….bo z Matkami to jest tak, jakby ktoś wycisnął z człowieka wielki, obrzydliwy, egzystencjalny czyrak. A następnie zebrał do kubeczka wszystko, co z czyraka wypłynęło. I kazał to wypić.

Matki nie dzieją się jedynie na scenie. Spektakl ten jest niczym wtyczka podpinana do widza, kabelek, który prowadzi z samego dna sumy wszystkich strachów na scenę, by za pomocą aktorów przedstawić wszystko to, do czego nie przyznajemy się sami przed sobą. Wydarzenia mające miejsce scenie, są jak zabawa emocjonalnymi złogami jelitowymi wyszarpywanymi z widza od strony jego ust: poziom obrzydzenia może równać się jedynie z siłą zaskoczenia faktem, że każdy z nas też kiedyś pozwolił sobie na chwilę rozważań, których esencja zostaje nam rzucona przed oczy.

O czym są Matki? O nas samych. Fabuła spektaklu? Jest nieważna. Aktorzy? Powodują, że chce się krzyknąć w stronę sceny „ty ch*ju”. Ale nie da się. Bo kto lubi pluć w lustro?

Po co więc pchać się na widownię? Mało mamy moralizatorskich przedstawień, pełnych patosu, łzy kręcącej się w oku, czy nostalgicznego posmarkiwania w chusteczkę? Być może warto się z tym wszystkim zmierzyć dlatego, że forma „Matek” nie pozostawia żadnych niedomówień. Jest jednoznaczna niczym łopata wbita w zęby. Żadnego marginesu interpretacji dla widza. Sorry. Przecież tak jest.

Matki.

Po spektaklu jeszcze długi, długi czas pozostaje w gębie posmak dehumanizacji. Czy warto odbyć toksyczną podróż wgłąb siebie? Zdecydowanie.
Ruszmy więc w drogę, wsiądźmy na ten statek, służący do usypiania matek.

Share