Góra-dół, dół-góra.

Wyzwanie. Pokonywanie barier. Własnych słabości. Walka z ograniczeniami tkwiącymi gdzieś w mózgu.

Pchamy się nieustannie w dziury, pchamy się w górę. Targamy za sobą dziesiątki kilogramów sprzętu, wciągamy to pod niebo, lub spychamy pod ziemię. Uczymy się jak być bezpieczni, by móc pchać się w niebezpieczniejsze miejsca. Wszystko wbrew naturalnym instynktom, wszystko częściowo wbrew sobie, wszystko po to, by po powrocie do własnych czterech kątów spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie: stary, zrobiłeś to!

Prawie jak półbogowie. Herosi. Zdobywcy świata. Wyolbrzymiamy swoje dokonania we własnych oczach, nasycamy się samozadowoleniem, my: weekendowi eksperci od doznań ekstremalnych.

A tak naprawdę jesteśmy i będziemy niczym.
Podziemnym zerem w porównaniu z naszymi ojcami, wujami i dziadami, którzy będąc ratownikami górniczymi, pchali się w bagno, do którego dziesiątej części nie jesteśmy w stanie się zbliżyć bez obwieszenia dupska brzęczącymi świecidełkami wartymi grube tysiące.
Napowietrznym zerem dyndającym pod filarem mostu dla samej idei dyndania. Jak nie wstyd się tym chwalić, jeśli kumpel siedzący dwa piwa dalej naraża codziennie dupsko wisząc gdzieś pod platformą nad lodowatym morzem, byśmy mogli – niezmiennie narzekając na ceny – zatankować nasze samochody.

Po raz setny przeglądam zdjęcia z kolejnych „wypraw”, przeżywam trudności, analizuję wydarzenia. Pokazuję rodzicom filmy, zdjęcia z lin, chcę pokazać te z jaskiń, ale…
…jak mam zrobić wrażenie zejściem pod ziemię (wynikającym z bezproduktywnej realizacji głupich pomysłów) przed Kimś, kto pchał się w zawalone, zadymione chodniki by ratować ludzkie życie?

Share