Lesson xyz. Slow.

But, but, but, but.

Czasami wydaje mi się, że jestem zdobywcą świata. Że już tak dużo osiągnąłem, że tak niewiele brakuje do prawie-zadowolenia z prawie-wszystkiego. A później przychodzi trening.

I rozpadają się w pył pielęgnowane całymi godzinami widziadła, rozpływa się we mgle spadającej na oczy wizja lepszego-ja, wszystko wraca do poziomu gleby, na której kolejny raz ląduje po spartoleniu najłatwiejszego z elementów.

Slow fight. Nowy koszmarek. Taki mały Ósmy Pasażer Trzeciego Zwoju. Można zwalić wszystko na brak czasu. Błędy życiowe, niepowodzenia, braki w wykształceniu, brak jakiegokolwiek samorozwoju, wszystko można zrzucić na fakt, że doba ma jedynie 24 godziny. Ale nie da się, NIE DA tego zrobić przy slow fight. Zupełnie, jakbym pochłaniając encyklopedie nagle rozkraczył się na czytance dla dzieci z klas 1-3.

Marzy mi się park. Dwa metry rozumnego przeciwnika. I slow, bardzo slow. Żebym miał czas przypomnieć sobie pojedyncze litery, bym mógł spróbować budowania wyrazów od podstaw, a później, może w przyszłości – nawet zdań.

Slow, slow, slow.

Czas staje w miejscu. Na wszystko jest pora. Na przemyślenie, na wydedukowanie, na dobranie, na wybór, na wdrożenie, zastosowanie, wykonanie, zakończenie, na samoocenę.

Slow, slow, slow.

Lekcja pokory została przyjęta. Wnioski jeszcze są wyciągane. Pierwsze z nich zaczynają świerzbić. Bo dlaczego w naszej zakichanej, szarej codzienności nie potrafi człowiek urządzić sobie slow fight z tym, co go gryzie? Cały czas, wiecznie pędziłem wychodząc z założenia, że czego nie da się stratować, to można przed tym zwiać. A przecież wystarczyło od początku poskładać litery, słowa, zdania. Można by wtedy porozmawiać.
Tia, zorientowałem się właśnie, że odbyłem w życiu jeden slow fight więcej, niż by się zdawać mogło: w parku. Na resztkach jesiennej trawy.

Share