Ground Fight 2

Nie jestem do końca pewien, co się wydarzyło w ostatnią niedzielę.

Na pewno wszystko było jak najbardziej poprawne: pot, zmęczenie, poobijane łapy, dziwne trzaski w stawach i smak parkietu w zębach. Jednak jednocześnie… czegoś zabrakło.
Zupełnie, jakby ktoś chciał ze mnie zrobić baletnicę w momencie, gdy jestem na etapie bycia walcem drogowym.

Przeglądając zdjęcia z seminarium, układając sobie we łbie całą wiedzę wyniesioną z treningu wiem jedno: nie nauczyłem się wiele. I nie była to wina braku uwagi, prowadzącego, czy Tuska. Po prostu chyba jeszcze było dla mnie za wcześnie na taki zakres materiału.

Stoję przed oceanem wiedzy pokazanej nam na zajęciach. Zupełnie jakbym oglądał ustawioną na półce 29 tomową Britannicę. Wiem, że w tym lub tym miejscu znajdzie się odpowiedź na nurtujące mnie pytania, ale jednocześnie jestem świadom, że wiedza ta nie siadła w mojej głowie. Bo chyba za dużo, za szybko, za wcześnie.

Pierwszy raz zdarzyło się, że seminarium nie było dla mnie lekcją. Nauką. Ze swojego punktu widzenia uczestniczyłem bardziej w pokazie połączonym z możliwością wypróbowania poszczególnych elementów prezentowanych przez prowadzącego.

…a może po prostu na obecnym etapie poszukuję innego podejścia do przeciwnika? Całkiem odmiennego sposobu rozwiązywania problemu?

A może to, a może tamto, czy owamto.

Najważniejsze jest, że gdzieś pod potylicą czuję monstrualną potrzebę pójścia do parku. Stanięcia z partnerem i przećwiczenia wszystkich elementów seminarium. Nie po to, by je szlifować, doprowadzać do perfekcji. Bardziej w celu zrozumienia ich. Poukładania sobie we łbie. I być może włączenia do rozwiązań, które gdzieś już mają we mnie swoje miejsce.

Nikt mi nie powie, że kopanie się po jajach to jedynie kopanie się po jajach.
Bo nawet zwykły, żydowski strzał w sakwy potrafi być równie wymagający, co partia szachów.

Share