Fot: Paweł Janicki

Top Dogs. Top Me.

Zdecydowanie: drugi raz popełniłem wielki błąd. Poszedłem do teatru nie zaznajamiając się wcześniej z tematem, który pojawi się na scenie. Wiedziałem jedno, ma być czarna komedia o wyścigu szczurów.
Więc szukałem ślepych gryzoni galopujących wewnątrz swoich klatek, a znalazłem zamiast tego siedem (albo i osiem) opowieści o tym, jak człowiek reaguje na zabranie mu całego świata. I nie jest ważne, czy zabór nastąpił pośrednio, czy bezpośrednio. Tragedia jest tragedią.

Top Dogs. Pasująca do bólu. W każdej postaci, w każdej scenie, wydarzeniu i kłamstwie. Bolesny spektakl, w którym można się odnaleźć nawet w dobrze znanym brzmieniu klawiszy spektaklowego laptopa, na który przenoszone jest potomstwo kłamstwa i fantazji.
Zupełnie jakby dźwięk każdego kliknięcia wypominał widzowi: łżesz, ty też identycznie łżesz, oszukujesz świat, oszukujesz siebie, nawet sam już nie wiesz co jest prawdą, a co kłamstwem.

Top Dogs. Spektakl kłujący po dwakroć: z jednej strony chciałoby się wydrzeć wszystkie wydarzenia dziejące się na scenie i wytłumaczyć, że to nie tak, że możnaby inaczej, że forma wszystkiego co dane było zobaczyć, jest jak zbyt esencjonalna herbata, zbyt szybko wypita, zbyt skompresowana i upchana i oddaj mi to coś czym dyryguje reżyser i przytrzymaj mi piwo to pokażę o co chodzi i jak powinno wyglądać. Bo mógłbym całymi godzinami miotać argumentami, które wg mnie miałyby jakieś znaczenie. Mógłbym niczym wściekły pies bronić swoich racji udowadniając, że można było wyciągnąć z tego spektaklu coś więcej.

Jednak… czy to by było uczciwe? W jaki sposób mógłbym podnieść rękę na twór, który w swojej brutalnej formie wszedł w czaszkę niczym rozpędzony kilof? Jak mogę zarzucić cokolwiek spektaklowi sprawiającemu, że od dwudziestu czterech godzin, od tysiąca czterystu czterdziestu minut, od osiemdziesięciu cześciu tysięcy czterystu sekund mielę w gębie myśli zbite wokół wydarzeń, które miały miejsce na scenie?

Top Dogs. Spektakl kłujący po dwakroć: bo z drugiej strony można jedynie pogodzić się z formą widowiska i położyć łeb na pieńku czekając na topór świadomości, że pośród historii ośmiorga bohaterów pojawiły się pytania, dla których odpowiedzi są schowane w najmroczniejszym zakamarku ludzkiej duszy.

– zamieńcie się rolami, pan niech gra panią, a pani pana. Pokażcie sobie, w jaki sposób widzicie się wzajemnie, jak się odbieracie.

I w tym momencie zaczyna się psychodrama. W tym momencie zaczyna się prawdziwa gra: do świata Top Dogs wkracza widz z własną walką pomiędzy sobą samym a sobą samym. Potyczką dziejącą się na jego osobistej scenie zawieszonej pomiędzy uszami, oczodołami a potylicą.

…bo co przy takiej zamianie ról ujrzałbym ja?

  • Kim jestem ja?
  • Ja jestem sobą.
  • W jaki sposób funkcjonuję?
  • Tak, jak funkcjonuję.
  • Czy jestem dobrym człowiekiem?
  • Tak, na tyle, na ile potrafię.
  • Czy umiem być ze sobą szczęśliwy?
  • Tak, na ile potrafię.
  • Czy jestem lubiany, szanowany, kochany (niepotrzebne skreślić)?
  • Być może tak.
  • Czy uniósł bym ciężar jakim byłby widok innych, odgrywających mnie? Podkreślających wszystkie wady? Zaznaczających wszystkie niedociągnięcia, świństwa i potknięcia? Czy byłbym gotów zmierzyć się z tym, jak widzą mnie ludzie?

Teatr na swoim facebooku się pomylił. Cały świat się pomylił. Top Dogs to nie czarna komedia o wyścigu szczurów. To opowieść o dramacie konających gryzoni.

Dobry wieczór, gryzoń jestem.

 

________

* Fot. Paweł Janicki

Share