Coś innego

Zróbmy coś innego. Bo wiesz, mam dość tego marazmu, tego schematu, tego dzień-po-dniu wyglądającego jak kolejne, identyczne kartki wypluwane ze starej, zatłuszczonej kserokopiarki stojącej w najciemniejszym kącie biura.

Ucieknijmy gdzieś, przeżywajmy coś razem, zachwyćmy się. Znajdźmy czas dla siebie, dla świata, smakujmy, węszmy, odkrywajmy.

Czy brak schematu może być schematem? Czy brak stałych może być jedyną stałą?

Czy można być schematycznym w swojej nieschematyczności?

Wszystko układa się na nowo. To dobrze, że układa, to źle, że może się stać poukładane. Coś jakby zjeść batonik i mieć batonik. Teoretycznie się da: można go zwymiotować. I nawet od biedy zjeść jeszcze raz, by po kolejnym rzygnięciu znów ująć go w dłoń. I wbrew sobie zapakować do twarzy. Tylko jak wiele takich schematów wejścia/wyjścia można zaliczyć? Na jakim etapie batonik przestanie być batonikiem?

Tak prawdziwe, że aż bez sensu.

Zdawało mi się, że pozwalam sobie na wiele: realizując nieśmiałe plany, budując pierwsze fundamenty pod najciekawsze z marzeń, znajdując w tym wszystkim czas na odrobinę szaleństwa. Jednak… jak bardzo niezdrowe musi być otoczenie miejsca z którego to obserwuję, jeśli ktoś potrafiący zdystansować się do tych wydarzeń jest w stanie podważyć sens wszystkich czynności udowadniając, że nie różnią się one wiele od schematycznego-niczego które już raz kiedyś mnie otaczało?
Jak bardzo niczym były moje sukcesy w skali wszystkiego-więcej które mogę osiągnąć? I na dnie jak głębokiej studni leżałem, jeśli milimetr z kilometra który mogę osiągnąć, był dla mnie rokiem świetlnym?

Uczę się. Niezmiennie. Przyjmuję nauki na zimnej ziemi porosłej resztkami jesiennej trawy, wsłuchuję się w najcichsze, nieśmiałe głosy narodzone we wnętrzu czaszki, doprawiam wszystko trzaskającym w zębach słodkim „domyśl się” udowadniającym, że nikt nie jest wszechwiedzący. I nieśmiertelny. I samowystarczalny.

Kombinuję. Szukam. Cieszę się. I zaczynam porzygiwać. Tu coś poleci z palca serdecznego, tam jakaś litera pchana torsjami wyskoczy spod wskazującego, pojawiają się pierwsze refluksyjne słowa i zdania. Zupełnie jakbym rodził się od nowa.

Słowa, zdania, sens, wymagania: co do sensu treści, tematu, zakresu, ujęcia, co do wszystkiego czym się nie przejmowałem. I nie chciałbym się przejmować. W końcu chcę być panem i władcą na swoim własnym kawałku poletka. Hodować świnki po swojemu, karmić krówki jak mi się podoba, stonkę zwalczając na sposób najodpowiedniejszy wg mnie.
Ale przecież nikt nie jest wszechwiedzący. I nieśmiertelny. I samowystarczalny.

Mocuję się więc. Trochę ze słowami, trochę z myślami, trochę sam ze sobą próbując okiełznać galop wrażeń pod czaszką. Zastanawiając się jeszcze przez moment, czy to podpucha czy szansa, wierzę, że na pewno to coś dobrego. Taka jakby sztanga na rozruszanie zastanego mózgu. I pomimo intelektualnego zakwasu próbuję to przyrdzewiałe do podłoża dziadostwo poderwać, unieść. Bo nawet jeśli nie ma prawdziwego celu zapętlone machanie złomem, to przynajmniej rozrusza mi się to coś uczepione pomiędzy uszami. Chyba.

Zróbmy coś innego. Coś co ma sens. Nawet, jeśli miałoby to odrobinę zdemolować łączkę. I krówki i świnki i stonkę.

By finalnie można było się tym zachwycić.

Share