Coś dla siebie

Dobra. Czasami można. Albo wręcz zalecane jest by od czasu do czasu zrobić coś dla siebie. Egoistycznie, bezczelnie, z premedytacją. Tak ot, spełnić swoje własne marzenia.
I nie chodzi tu o akcję z kozłem i wiaderkiem pasztetowej, nie chodzi o rodeo pod schodami czy nieustannie powracający temat pidżama party z wkrętarką i bejcowaniem. Chodzi o coś, co być może odrobinę pomoże pójść do przodu. Będzie zapalnikiem, motywatorem do realizacji nowych pomysłów, które gdzieś od dawna kręciły się pod czaszką.

Tia, dziś w końcu wpadła w me łapska maleńka, szara paczuszka. W końcu nie będę musiał się narażać na wyrżnięcie łbem w asfalt podczas robienia zdjęć w ruchu, oddali się zagrożenie upuszczenia telefonu przy zwisie na linach, wszystko będzie och i ach i sranie tęczą. I pierdzenie szczeniaczkami. Karbidem. Nie, jak to było… Brokatem. O właśnie. Brokatem.

Nowa zabawka? Tia… Oby to nie była oznaka kryzysu wieku średniego.

Share